Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lavinka z miasteczka Żyrardów. Mam przejechane 48178.52 kilometrów w tym 7970.36 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 15.08 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Inne linki

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lavinka.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2018

Dystans całkowity:613.06 km (w terenie 74.37 km; 12.13%)
Czas w ruchu:40:55
Średnia prędkość:14.98 km/h
Maksymalna prędkość:32.00 km/h
Liczba aktywności:31
Średnio na aktywność:19.78 km i 1h 19m
Więcej statystyk
  • DST 81.50km
  • Teren 7.60km
  • Czas 05:45
  • VAVG 14.17km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Kwietniówka lipcowa - Dzień 3

Poniedziałek, 30 kwietnia 2018 · dodano: 04.05.2018 | Komentarze 19

Tym razem się nie wyspałam. Burza przyszła w środku nocy i kapała, grzmiała i znów kapała dokładnie mi nad głową. Rano więc było mi ciężko, ale po prawdzie mi zawsze jest ciężko wstawać, Meteor to już nawet nie narzeka. Najważniejsze, że pobudka była już prawie na sucho, to znaczy epigaz w przedsionku, ale poza tym nie trzeba było biegać w mokrych kurtkach. Nawet się udało namiot trochę odkroplić za pomocą podrzutu.
(link do albumu z trzech dni)
(link do trasy z trzech dni).




Dzień upalny jak diabli, ale odczuwalnie lepszy od poprzedniego, bo wiał wiatr. Co prawda już po 1/2 trasy mieliśmy go bocznie w pysk lub bezpośrednio w pysk, ale co tam. Przeżyje się. Lipiec. A nie, kwiecień. Ale jak w lipcu. Ba, w lipcu potrafi być milej. Tu jeździliśmy zygzakiem i ścigaliśmy się z burzami. Z jedną minęliśmy się chyba dlatego, że po drodze przy cmentarzu ewangelickim spotkaliśmy keszerkę i zgadało się przez pół godziny z hakiem. Mieliśmy zapas do pociągu, więc nie był to problem, ale za to byliśmy w paru miejscach ze kwadrans później i dzięki temu tylko pojedyncze krople na nas padały, a nie totalna zlewa.

Zaczęliśmy zwiedzanie od kościoła w Sarnowie, ale to popularna nazwa miejscowości w okolicy, więc uściślam, że mam na myśli Sarnowo obok Nowej Wsi, na południowy zachód od Działdowa. Tego samego dnia byliśmy w innym Sarnowie, więc łatwo pomylić. W Sarnowie za kościołem jest hm, ciekawy pomnik z orłami.


W Niechłoninie z drewnianym kościółkiem mieliśmy postój zakupowy.

A dalej spotkaliśmy źle podpisaną rzekę! To nie Wkra! To Działdówka! Krzyczy Meteor. No faktycznie, na mapach jest inna nazwa. Dopiero Wikipedia wyjaśnia, że Wkra ma takie jakby pod-Wkry. Jej  środkowy bieg nazywa się Działdówką.


W Płośnicy znów jakieś tory i w oddali wypatruję stację. Jedziemy odwiedzić. Stacja jest zamieszkała i co chwila wali tu tir za tirem po dziurawej drodze... szybko opuszczamy to miejsce. W Płośnicy właściwej jest też odnowiony kościół z murem pruskim.



Robi się ewidentnie za ciepło i od tego momentu wiatr już nam wyłącznie przeszkadza. Część zakupionych wiktuałów pożeramy w lesie po drodze. Przejeżdżamy przez Rutkowice, gdzie znów na horyzoncie dostrzegamy wiatraki, a w pobliżu jest stara gorzelnia (pewnie były PGR swojego czasu). 





Niedługo za Rutkowicami trafiamy na drogowskaz do cmentarza wojennego. Skręcamy i chyba tam jest ze trzysta metrów, a nie dwieście, jak jest napisane. Na brzegu drogi trzeba uważać, rośnie tu barszcz sosnowskiego. Na cmentarzu pochowani są Niemcy i Polacy.Dopiero w domu odkrywam, że wokół cmentarza jest sporo kurhanów. Zdjęcia z lidaru pod  tym linkiem..

W Turzy Wielkiej Meteor znów rozgląda się za pociskami w ścianach kościołów, a później przejeżdżamy rowerowym tunelem pod nową stacją. Po remoncie pod Pendolino dotarła tu cywilizacja. Ale ruiny starej stacyjki jeszcze są. Idealne na hostel, ale po co sobie gmina ma robić kłopot, skoro można wsadzić tam lokalnych biedaków, co to na auto stać, ale na komorne już niekoniecznie? 



Dziwna wieża po drodze. Do czego służy?

Znalazłam miejsce z tła starego Windowsa :)


Ciągle jest nam za ciepło, więc przy sprzyjających okolicznościach robimy krótkie postoje. W Uzdowie przed kościołem trafiamy na dziwne coś w kapliczce. WTF? no tak, uzda. Po niemiecku Zaumzeug. Za to miasto nazywało się wcześniej Usdau i przerobili to na Uzdowo. ;)





Koronę na orle dorobiono później. ;)

Typowa zabudowa gospodarcza, którą ja nazywam warmińską, ale już się o to dziś solidnie z Meteorem pokłóciliśmy, więc powiedzmy, że prusko-poniemiecka, żeby być w zgodzie z granicami historycznymi Warmii. Ale dla mnie Warmia to tak naprawdę Warmia i przylegające okolice. W ogóle normalne rodziny kłócą się o pieniądze, o to kto pozmywa naczynia albo wyrzuci śmieci, a my na całe osiedle prowadzimy ożywione dyskusje inteligenckie. No wariaci. ;)



Dalej jedziemy do cmentarza ewangelickiego i tam spotykamy samochód z koleżanką keszerką, którą kojarzyliśmy z logów w skrzynkach. Następuje małe machniom krecio-geocoinowe (o właśnie, muszę pologować) i dłuzsze pogaduchy. W końcu rozstajemy się, my do skrzynki GC, a ona do Działdowa. My też w tę stronę, ale dookoła. 


Długa droga przez Wierzbowo, pod wiatr i w totalnym słońcu. Trochę zdychamy, na szczęście po drodze trafia się rzeczka, gdzie można ochłodzić dłonie i stopy. W oddali zaczynam dostrzegać cień na horyzoncie, coś jakby chmury? Fatamorgana? A jednak nie, chmury jednak przybywają obficie niosąc ze sobą dużo ulew i burz. Ale my w tym momencie jesteśmy ze 20km od nich. Zasłaniają nam słońce, ale nie dosięgają wodą. Mimo wiatru prosto w twarz jedzie się o wiele milej.






Tuż przed Sarnowem zaczyna kropić, dosięga nas brzeg ulewy, ale zaraz milknie. Ponownie zaczyna padać po opuszczeniu wioseczki, ale też niedługo i sporadycznie, tylko woda jest zimna i wkładam na siebie kurtkę już po dwóch minutach zimnych ogni na plecach. ;) 









Sarnowo


Trochę telepie.




Tak docieramy do lasu pod Działdowem i Wieży Bismarcka. Kesza nie znajdujemy, ale wieża robi wrażenie. Las wokoło jest piękny i kwitnący, zdjęcia nie chcą oddać klimatu zupełnie. Tu znów zaczyna jakby grzmieć i padać, ale liście i sama wieża chronią przed wodą. Ruszamy, gdy ustaje kropienie i bez problemu docieramy do Działdowa. Tu mijamy zamek i w ogóle raczej nie zwiedzamy. Pod dworcem Meteor zostawia mnie na ławce, a sam jeszcze podjeżdża w jedno miejsce w pobliżu. Wsiadamy do pociągu i... zaczyna lać. Znów się udało uciec burzy!






A potem już tylko dwie przesiadki i jesteśmy w domu. Tu znów widzimy kolejną burzę, ale zanim dociera do Żyrardowa, podjeżdżamy do domu. To burza chyba machnęła ręką i poszła bokiem. Chyba z 6:0 dla nas. Oj będzie odwet, coś czuję. ;)




Nie, nie jedziemy Pendolino. Po prostu tędy przejeżdżało, w tym samym momencie, gdy na peron telepał się nasz pociąg.




  • DST 83.52km
  • Teren 8.40km
  • Czas 05:25
  • VAVG 15.42km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Kwietniówka lipcowa - Dzień 2

Niedziela, 29 kwietnia 2018 · dodano: 03.05.2018 | Komentarze 6

Dzień rozpoczął się bardzo przyjemnie, bo nie padało i było o wiele cieplej niż gdy dnia poprzedniego ruszaliśmy spod domu. Za to na naszym namiocie pojawiły się tajemnicze kropki. Coś pyliło w okolicy (link do albumu z trzech dni) (link do trasy z trzech dni).

Pierwsze kilometry to było przebijanie się przez wertepiastą drogę od wsi do wsi, szuter rozjeżdżony traktorem. Ale dzięki temu trafiliśmy przypadkowo na pomniko-kapliczkę upamiętniającą ofiary wojenne z tych okolic. Kilka lat temu posadzono tu choinki i zrobił się przyzwoity skwer. Wielkie podziękowania dla pomysłodawców.




Wreszcie asfalt i Meteor uciekł do przodu, a ja jeszcze spotkałam pomnik Grunwaldu i musiałam zrobić fotkę. W końcu na mnie zaczekał i wyszło, że śpieszy się do kościoła, by go obejrzeć przed mszą, a z jego wyliczeń wynika, że jeśli pojedziemy moim tempem, to nie zdążymy. Więc mi powiedział, jak mam jechać, a dalej pognał do przodu sam. Rzeczywiście dojechałam na samiutką mszę, gdzie ksiądz śpiewał tak straszliwie, że uszy więdły (Stare Gralewo). Po krótkim drugim śniadaniu uciekliśmy stamtąd czem prędzej. 



Kościół w Starym Gralewie

Chyba kiedyś krzesali tu ognie starym (pogańskim?) zwyczajem na Wielkanoc.



Po drodze znów wiatraki i krzywa linia kolejowa, ale sądząc po wyglądzie torów, coś nadal tu jeździ!




Raciąż.





Jakaś bocznica w okolicy, chyba do cukrowni.


Wszędzie znaki uwaga krowy, a tu krów nie ma. Wreszcie są.

Krótka przerwa. Upał, gorąco, prawie bez cienia, a mi zaczyna coś stukać tylna opona. Ki diabeł, myślę i sprawdzam, co mi się zaplątało w szprychy. A tu opona ma gula! Jeny, zaraz pęknie! Toooomiiiiii! Na szczęście usłyszał. Podjeżdżamy w miejsce, gdzie można zrobić serwis i oglądamy problematyczne miejsce. Szkło przebiło nawet zieloną warstwę ochronną, ale jakimś cudem nie przebiło dętki, tylko pękła opona i wybrzuszyła się. Decyzja o próbie załatania opony od środka i wymianie dętki na nowszą (może stara ma mikrouszkodzenie i zaraz pójdzie). W trakcie sugeruję, by zamienić opony i tę pęknięta dać na przód, by jej za bardzo nie obciążać. Więcej roboty, ale dzięki temu być może unikniemy problemu w przyszłości. Meteor godzi się i ma więcej roboty. Ale tylko tego dnia, bo później już rower nie sprawia problemów, tylko przy hamowaniu muszę uważać, bo nadal tył mi nie hamuje (został jeden klocek, ale nie działa). 




Ceglany kościół w Gradzanowie Kościelnym. Trafia się też żydowska bożnica. Chłodzimy się też w chłodnym wnętrzu kościoła w Radzanowie, piękne polichromie i anioły na suficie.







Dalej dojeżdżamy do rzeki Wkry i trafiamy na wiatkę (przy wjeździe do Radzanówka), która z góry wydaje się fajna, ale w środku jest szkło i piach, więc rozkładamy kocyk gdzie indziej. Gorąco! A trudno jest moczyć nogi w rzece, bo śliskie i strome nabrzeże na przystani kajakowej. 



Po drodze trafiamy pod klasztor w Ratowie, ale wejście na teren kościoła jest zamknięte. Pani z placu zabaw obok wołą mnie i mówi, że można wejść przez klasztor, bo i tak ta trwa budowa. Rzeczywiście coś tam przerabiają w terenie okalającym, mostki, cudawianki i przechodzimy dookoła na krzywy ryj... ale pod kościół i tak nie da się dojść, bo wejście jest przez budynki klasztorne, a brakuje nam odwagi, by pchać się przez pomieszczenia. Jeszcze znów trafi się jakiś ksiądz, co nam będzie rowery święcił czy tam błogosławił. Lepiej nie ryzykować. ;)



Będzie więcej jajek. ;)

Pączkowo


W Szreńsku odwiedzamy kościół (zaczyna się msza, więc tylko fotka z zewnątrz) i podjeżdżamy pod zamek. Była tu kiedyś skrzynka Filipsa, więc sprawdzamy, czy jest. Meteor znajduje puste pudełko bez logbooka. Postanawiamy zrobić serwis, on dorzuca logbook mazowiecki, ja dorysowuję tam widok zamku i kościoła, Meteor dorzuca naklejki a ja pachnące kuleczki w woreczku, które znalazłam po drodze, leżały dwa na asfalcie. Czytam logi i zwracam uwagę na to, że co drugie znalezienie jest reaktywacja i gdzies tam w dziurze wyżej może być druga skrzynka. Meteor idzie ją wymacać i wraca z dużym zeszytem! Czy to logbook zastępczy? Postanawiamy go przerobić na Księgę Gości, rysuję w środku miniaturę zamku i umieszczamy zeszyt z powrotem na miejscu. Ciekawe, ile przetrwa?






Zbliża się wieczór, pora znaleźć miejsce na nocleg. Meteor upatrzył miejsce w lesie, gdzie kiedyś była wieś, ale już nie ma, ale ciut wcześniej znajduje wzgórze-żwirownię z widokiem na farmę wiatraków i tam spędzamy wieczór sprawdzając radary burzowe. Burza na południu mija nas o włos, nawet ją słychać z daleka. Prawdziwa przychodzi dopiero koło 4-5 nad ranem i nie daje mi spać. Buu. Dziś jemy już tylko rosołek z torebki, bo nie mamy już więcej kiełbasy.


Góry? Góry!





Na noclegu



Nasza  sypialnia



A! Zapomniałabym! W mikrożwirowni znajduję jedną skamielinę i parę innych geologicznych cudów. Było za ciemno, by zrobić zdjęcia, może coś wymodzę niebawem i apdejtuję o ich zdjęcia.

  • DST 108.58km
  • Teren 5.87km
  • Czas 06:25
  • VAVG 16.92km/h
  • VMAX 32.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Kwietniówka lipcowa - Dzień 1

Sobota, 28 kwietnia 2018 · dodano: 02.05.2018 | Komentarze 12

Pierwszy dzień trzydniowej namiotówki w kierunku północnym. Kiedy zalegaliśmy na ławce w Brochowie pod kościołem (tym, co wygląda jak zamek), zagadał do nas przypadkowy człowiek pytając, dokąd jedziemy. I się zawiesiliśmy. Ja podałam mniej więcej kierunek na Ciechanów, Meteor zaprzeczył. To ja się spytałam, że właściwie dokąd jedziemy, to on powiedział, że Działdowo. No to ja powiedziałam, że w zasadzie na jedno wychodzi, a on się zaczął spierać ze mną, że w żadnym wypadku. I omal się o to nie poobrażaliśmy na siebie. Później wyszło, że po trochu oboje mieliśmy rację, bo trasa wiodła przez totalne zadupia. Na przykład pierwszego dnia przez Ciućkowo, Małą Wieś, Bodzanów czy Staroźreby. Mówi Wam to coś? A tak mieliśmy w zasadzie przez trzy dni.




hujus Dominica proxima. Hm.

No ale po kolei. Za Brochowem tradycyjny przejazd nowym mostem w Wyszogrodzie i żałowanie, że nie pozostawiono drewnianego jako kładki pieszo-rowerowej. Bardzo jej w tym miejscu brakuje. Ale za to przy przystani odkryliśmy prom, może będzie tu pływał w sezonie?  Inny bonus to przy rynku przy knajpie obok punktu widokowego nad Wisłą zbudowała się sala ze szczątkami wydobytego samolotu z okresu okupacji. Jest co oglądać, tylko musi być pochmurno, bo inaczej kontrasty wszystko czynią nieczytelnymi. No i wrak jest w częściach oraz niekompletny.





W Małej Wsi niespodzianka, lokomotywka lokalnej wąskotorówki do cukrowni i klimatyczny mural. Dalej trafiamy do gotyckiego kościoła w Bodzanowie, gdzie w murowane są nawet młyńskie kamienie. Tu zdarza się zabawna sytuacja. Ja mówię do Meteora, o widziałeś wiatrak? A on zaczyna opowiadać, że widzi i że szkoda, że nie ma już skrzydeł. Jakich skrzydeł, przecież on się kręci... no i wyszło, że każde z nas patrzyło na inny wiatrak. On nie zauważył nowoczesnego, który wirował w oddali, a ja nie zauważyłam drewnianego, z którego został sam budynek bez elementu kręcącego się.


Oto kadr z wiatrakami. Kto wypatrzy oba?


Przypadkiem trasa biegła w pobliżu wiatraka, któremu udało się zrobić kilka zdjęć z bliska z... terenu kirkutu.



Jak się później okazało, cała kwietniówko-majówka była pod znakiem farm wiatrowych. Po minięciu farmy natrafiamy na Pałac i park dworski zamieniony na szkołę, w niezłym stanie (Kanigowo) oraz dworek w miejscowości Kosino w stanie więcej niż złym. Tu kiedyś był kesz, ale ileś ekip, w tym my się od niego odbiliśmy. Albo zaginął, albo gruz się osunął, a kordów dokładnych założyciel nie podał.






Radzanow i znów kościół i robi się nam już naprawdę za gorąco. Wreszcie dojeżdżamy późnym popołudniem do większej miejscowości Staroźreby i tu ślub w kościele, ale niezbyt liczny, więc daje się obejrzeć z zewnątrz i obadać, czy nie ma w ścianach pocisków. Wracamy na rynek i zastanawiamy się, czy jechać blisko na nocleg czy daleko. Wygrywa opcja krótsza, i tak mamy już ponad stówę na licznikach. Po drodze wpadamy jeszcze zajrzeć, co skrywa park bardzo angielski za neogotycką bramą. Skrywa lekko podupadły pałac, który jakiś czas temu był ratowany (wymiana okien), ale coś jakby znów go szczęście opuściło.






Nocujemy w lesie pod Ostrzykowem, gdzie kiełbaski i budynie. :)


Apdejt: zapomniałam dodać, że tego dnia zgubiłam pół tylnego hamulca, zorientowałam się długo po. Nie wiem ile, ale nie było sensu się wracać. Odpadł mi klocek razem z mocowaniem. Preludium do grubszej awarii dnia następnego.

  • DST 6.74km
  • Teren 0.20km
  • Czas 00:27
  • VAVG 14.98km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do przedszkola 1x i na dworzec

Piątek, 27 kwietnia 2018 · dodano: 27.04.2018 | Komentarze 0

Tak zwany standardzik, nie licząc tego, że dzień wcześniej Kluska wyjątkowo zasnęła o 20.30 (najczęściej zasypia koło 22), a obudziła się o 7 (normalnie o 8 ją budzimy lub ciut wcześniej), więc obudziła i nas. Cały dzień ziewam, a tu jutro rano kolejna pobudka, bo długi weekend. Zabijcie mnie. ;)

  • DST 5.95km
  • Teren 0.80km
  • Czas 00:25
  • VAVG 14.28km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do przedszkola 2x i do paczkomatu w centrum

Czwartek, 26 kwietnia 2018 · dodano: 27.04.2018 | Komentarze 0

Przerzucili mi paczkę spod domu do najdalszego Paczkomatu, przez który moje dziecko nauczy się staropolskiej kurwy, bo właśnie tak zaklęłam orientując się, że ów paczkomat nie ma normalnego ekranu dotykowego, tylko skaner kodów. Musiałam odpalić neto na komórce, a potem z 5 minut walczyć, żeby zeskanował kod. No ale się udało. Wszystko to z Kluską, bo paczkę odebrałam po zabraniu jej z przedszkola, a nie przed. :)

  • DST 4.50km
  • Teren 0.40km
  • Czas 00:19
  • VAVG 14.21km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do przedszkola 2x

Środa, 25 kwietnia 2018 · dodano: 25.04.2018 | Komentarze 0

Powrót połowiczny, bo najpierw poszłyśmy do Empiku, a później po drodze spotkałyśmy Kubę, Wiktorkę, mamę Wiktorki i dalej już tuptaliśmy.

  • DST 22.19km
  • Teren 2.30km
  • Czas 01:27
  • VAVG 15.30km/h
  • VMAX 27.70km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do przedszkola 3x + spotkanie z Huannem

Wtorek, 24 kwietnia 2018 · dodano: 24.04.2018 | Komentarze 5

Dziś się najeździłam do przedszkola, bo rano Klusku zawieźć na ósmą, zieeew, bo mieli wcześniej śniadanie z racji wycieczki do szkoły muzycznej, a potem na 11 pojechałam na ichni quiz, czy tam inne święto w związku z nauką angielskiego (jeny, ale nuda), wreszcie trzeci raz już z Tomim (2x latałam po schodach, bo raz zapomniałam flagi, a drugi flaga się przyblokowała i poszłam na górę obciąć jej dolny kikut). A poza tym posiałam gdzieś okulary przeciwsłoneczne.
I stał się cud, Huann przywiózł w prezencie nowe. Będę jak Owsiak, bo mają czerwone oprawki. ;)

Do Huanna dotarliśmy grubo po 15, bo zanim Kluskę przebrałam z galowych ciuchów w podwórkowe i zanim ją ściągnęliśmy z placu zabaw (tylko minutę mamo!), trochę trwało. Na miejscu typowe gotowanie zupy w rzece, tylko raz musiałam ratować wiaderko. Poza tym zagraliśmy w kultową grę w pizzę na pikniku z kawą zbożową i herbatnikami. Tak lubię.

Huann się śpieszył na pociąg, więc go odprowadziliśmy na dworzec, a potem na luzaku pojechaliśmy do domu. Ale jeszcze na dworcu spędziliśmy trochę czasu, bo Huann musiał kupić bilet, a Kluska się nudziła, więc tata jej wymyślił zwiedzanie dworca od repera z orzełkiem (dopytywała się, czy na pewno orzeł biały, a tata odpowiadał, że tak, tylko zardzewiał). W środku ponoć w jakimś piecu znaleźli skarb, to znaczy puszki (ale puste).








Kluska z nowymi fantami










I na dworcu



Mój ulubiony Darcik

Liczenie wagonów. :)


  • DST 5.69km
  • Czas 00:36
  • VAVG 9.48km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do przedszkola z Kluską i do Biedronki

Poniedziałek, 23 kwietnia 2018 · dodano: 23.04.2018 | Komentarze 4

Prognozy podejrzane, ale i tak pojechałyśmy na rowerkach osobno, bo świeciło słońce. W ciągu dnia się przetarło, więc podjechałam po Klu nawet bez jej kurtki, jechała popołudniu nawet bez bluzy. Przy wyjściu był lament, że za krótko bawiła się ulubionymi flipsami-klockami, na dodatek miałam tylko jedne herbatniki (mała paczka 5 sztuk). No to namówiłam ją na podjazd do sklepu w celu dokupienia nowych. Ale jak w Biedronce Kluska zobaczyła półki z warzywami i owocami, to już nie chciała herbatników. W zamian kupiłyśmy winogrona, pomidory, banany i gruszkę. :)



  • DST 65.85km
  • Teren 8.00km
  • Czas 04:18
  • VAVG 15.31km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Za Kuklówkę

Niedziela, 22 kwietnia 2018 · dodano: 22.04.2018 | Komentarze 4

Dziś niedziela, imieniny jelenia. A może sarny, która nam mignęła podczas jednego z postojów. Przebijaliśmy się przez Gierkówkę, łatwo nie było, bo nie pomyśleli ani o pieszych, ani o rowerzystach, nie wiem jak tam ludzie żyją. No ale się przebiliśmy do okolic, gdzie mieszkał Chełmoński i zrobiliśmy parę skrzynek GC, tylko jednej w Żelechowie nie, bo Tomi się uparł, że mam nie macać hydrantu w środku, a on mi od początku keszowo wyglądał. Bał się, że spalę nadmiernie przeszukując okolicę, syczał, ciągnął za kaptur i w ogóle skupiał na sobie całą uwagę, więc poszukamy jej następnym razem. ;)

Dalej postój w lesie, zdjęcie kleszcza, który na mnie wskoczył, ale się nie wbił i oglądanie dworku z Muzeum Żaby. Z tyłu jest fajny plac zabaw ze ślimakami.

Na koniec podbiliśmy do świerków Sztekkera i do domu. Mocno pod wiatr, więc nieco się zchetałam w drodze powrotnej.


Grób Chełmońskiego w Żelechowie


Księżycowy dzień, tylko w taki można spotkać błękitnego jednorożca. Nie spotkaliśmy.

Kapliczka z jamiołkami



Muzeum Żaby











  • DST 4.20km
  • Czas 00:16
  • VAVG 15.75km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Po Klu na dworzec

Niedziela, 22 kwietnia 2018 · dodano: 22.04.2018 | Komentarze 0