Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lavinka z miasteczka Żyrardów. Mam przejechane 48178.52 kilometrów w tym 7970.36 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 15.08 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Inne linki

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lavinka.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w miesiącu

Wrzesień, 2015

Dystans całkowity:485.95 km (w terenie 83.95 km; 17.28%)
Czas w ruchu:31:31
Średnia prędkość:15.42 km/h
Maksymalna prędkość:37.50 km/h
Liczba aktywności:15
Średnio na aktywność:32.40 km i 2h 06m
Więcej statystyk
  • DST 3.42km
  • Czas 00:13
  • VAVG 15.78km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze

Na pocztę główną i do sklepu

Poniedziałek, 28 września 2015 · dodano: 28.09.2015 | Komentarze 2

Wracając trafiłam w jakiś szczyt. Jechałam pustym miastem, wracałam tłokiem straszliwym.

  • DST 21.85km
  • Teren 2.50km
  • Czas 01:45
  • VAVG 12.49km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Dzień bez samochodu w pociągu i rowerem

Wtorek, 22 września 2015 · dodano: 23.09.2015 | Komentarze 5

Pociągiem dlatego, że dziś Koleje Mazowieckie woziły na trasie do Skierniewic za darmo, to skorzystaliśmy popołudniem. Zresztą sporo ludzi skorzystało, pociąg w tę i we w tę nie jechał pusty, jak na godziny międzyszczytowe. 

W Skierniewicach niespodzianka, buduje się trzeci peron do skrętu na Łowicz i rozbudowuje kładka do niego. Chwilowo schody są donikąd. Meteorowi to popsuło szyki, bo zmieniła się numeracja torów, piąty jest teraz trzeci, a poza tym wywalili mu drewnianą budkę ze wskazówką do kesza. Zresztą sam kesz też zaginął. Ech!

Potem już było lepiej, wszystkie kesze podejrzewane o zaginięcie były na miejscu. Zreaktywowaliśmy też kesz samolotowy, z MiGiem. Tylko teraz będzie multakiem typu offset, czyli w bezpiecznym miejscu kawałek od samolotu. Zwiedziliśmy też okolicę nad rzeką odkrywając skrót dołem, takie obejście garnizonu skarpą (górą od dawna nie da się przejść, bo zarosło). Znalazło się też kilka dziur w płocie do odgrodzonej części poza uczelnią. To już wiemy, którędy się wbijać do reszty serwisów, które odłożyliśmy na inną okazję.

Powrót na dworzec przez cmentarz i kwaterkę wojenną (której część chyba zabudowano cywilnymi grobami jeszcze w latach 60) i dalej parkiem.

Tą wycieczką zaczynam mazowiecką jesień.




















  • DST 5.19km
  • Czas 00:17
  • VAVG 18.32km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze

Do Zusu

Wtorek, 15 września 2015 · dodano: 16.09.2015 | Komentarze 2

Zapomniałam zapinki, więc przywiązywałam rower szalem na supeł. Może potencjalny złodziej chodzi bez nożyczek. ;)

  • DST 4.27km
  • Czas 00:18
  • VAVG 14.23km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Odebrać Klu z dworca

Poniedziałek, 14 września 2015 · dodano: 16.09.2015 | Komentarze 0

O dziwo obyło się bez większych awantur, choć dziecko na mój widok wpadło w płacz, że koniec wycieczki. I chciało wracać do pociągu. Ale jej obiecaliśmy, że jutro pojedzie na wycieczkę z tatusiem i daliśmy paluszki, pokazaliśmy światła latarni, opisaliśmy, że babcia idzie piechotą, ale się ścigamy i ciekawe, kto będzie pierwszy... no i dojechaliśmy z w miarę zadowolonym dzieckiem (jak na skrajnie nieszczęśliwe).

  • DST 82.14km
  • Teren 3.25km
  • Czas 04:28
  • VAVG 18.39km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Jabole we mgle - dzień trzeci

Poniedziałek, 14 września 2015 · dodano: 16.09.2015 | Komentarze 3

Ten dzień miał być lajtowy i szybki, bo trzeba odebrać dziecko z pociągu o ludzkiej godzinie, a przecież wcześniej wypadałoby się wykąpać po trzech dniach lasu. Podejrzewam, że nocą zwierzęta podeszły tak blisko, bo pachnieliśmy jak one, hihi. Swój przylazł i przyszły się przywitać. Ale że nocowaliśmy 10km dalej od Grójca, niż planowaliśmy, to się zrobiła wycieczka dłuższa. Tym bardziej, że nie wracaliśmy najkrótszą trasą tylko trochę dookoła, żeby mieć ładniejsze asfalty. Tak że pobudka jak zwykle bardzo rano, żeby ze wszystkim zdążyć. Do Grójca wszak 20 km pedałowania.

Najpierw podjechałam pod park dworski, ale nie dało się nic zobaczyć, drzewa zasłaniały. Wcześniej była duża brama, ale tam też nic nie było widać. Może da się co obejrzeć od południa, ale to by było za daleko (zawsze tak jest na wycieczkach z Meteorem, jego pomniki odwiedzone, a na moje atrakcje nie starcza czasu). W końcu dojeżdżamy do stacji kolejki grójeckiej, która jest bardzo podobna do stacji w Tarczynie, w zasadzie ten sam projekt, tylko bardziej podniszczona i już nikt tu nie mieszka. Wieża ciśnień również wg schematu, ale w gorszym stanie, za to dało radę wejść do środka. Nadal uważam, że to idealne miejsce na domek dla lavinki, tylko trzeba by się tego metalowego ustrojstwa ze strychu pozbyć. Doszliśmy z Meteorem do wniosku, że najłatwiej za pomocą dźwigu, bo dach i tak trzeba by zdjąć w trakcie remontu, to i górą pojemnik się wyciągnie. A potem to już nowe stropy, być może jeden metalowy da się wykorzystać i mamy ze cztery poziomy mieszkalne (parter może mniej, robiłby za wiatrołap i schowek na rowery, ale nadal to daje trzy całkiem przyjemne pokoje do życia). Obok wieży jest obrotnica, w zasadzie nawet prawie kompletna, tylko w rozsypce. Trochę dalej na północ jest też stary semafor. Tu sobie robimy przyjemną rozwałkę, skoro mgła ustąpiła miejsca słońcu, ale jeszcze jest przyjemnie i chłodno.

Trochę goręcej robi się później, przy okazji zwiedzania samego Grójca. Oglądamy mural z ciuchcią, kilka zabytkowych budynków natury publicznej i "dziadzia" w parku ze sztuką nowoczesną. Odwiedzamy też plac miejski i kościół wraz z ogromnym placem (naprawdę rzadko się zdarza aż tyle miejsca na budynek sakralny). Później mamy podjechać pod mały zrujnowany stadion, ale siedzi tam młodzież na wagarach, wiec odpuszczamy. Po drodze mijamy rondo z dziwnym budynkiem? Okazało się, że to budynek dawnych koszar carskich, nawet miałam je zapisane, ale bez adresu. Dawna cerkiew przy koszarach została obniżona i robi teraz za salę gimnastyczną. Cóż za upadek. Tym bardziej, że była to pierwsza cerkiew w Polsce centralnej. I jeszcze zobaczyliśmy sympatyczne parę drewniaków oraz kamienicę, gdzie niestety wymieniane są okna na plastikowe. Na koniec trafiamy na kirkut, który od dawna chciałam odwiedzić. Niestety nie ma na nim dużo nagrobków, w zasadzie dwa pomniki tylko i resztki kamienia w trawie. 

Czasu mało, a do domu daleko, więc ruszamy z kopyta i jedziemy na Mszczonów mijając jabolowe zagłębie pełne jabłek i innego dobra. Urodzaj jest i tu, drzewa wprost ledwo utrzymują taką ilość jabłek. Po drodze są też koniki i kapliczki. Jedziemy dużo z górki i z wiatrem i choć bardzo gorąco, to jakoś dajemy dotrzeć do domu do godziny 16tej. Dziecko jak się okazało wróciło pociągiem godzinę później niż planowaliśmy, więc udało się jeszcze trochę wypocząć i ogarnąć chałupę. :)

Mapa całej wycieczki:
Route 3 271 229 - powered by www.bikemap.net








































  • DST 78.68km
  • Teren 17.50km
  • Czas 05:16
  • VAVG 14.94km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Jabole we mgle - dzień drugi

Niedziela, 13 września 2015 · dodano: 16.09.2015 | Komentarze 19

Dzień drugi i chyba najciekawszy z wyprawy, zaczął się mgliście. I zimno. Ale jak się jedzie rowerem to zaleta, nie wada. Zwłaszcza po dwóch miesiącach upałów. Zatem po symbolicznym śniadaniu i kawie podjechaliśmy pod Studzianki Pancerne obejrzeć czołg i pzry okazji złupić dwie skrzynki (to ja, bo Meteor miał je już znalezione). Okazało się,  że tym razem da się wejść do środka. Niestety czołg wypatroszony, ale i tak trudno sobie wyobrazić, jak w tej ciasnocie zmieściła się czzwórka ludzi. A tu przecież jeszcze pociski i silnik. Po krótkim drugim śniadaniu pod czołgiem podjechaliśmy do szkoły ozdabianej granatami ręcznymi i wzorem maskującym. Zacne :)

Małe zakupy w sklepie i lecimy dalej, obok pałacu Zamoyskich w Trzebieniu, który jest w trakcie odbudowy. Do pobliskiej gorzelni już nie zaglądaliśmy. W ogóle okolica Kozienic jest bardzo ciekawa, trza by kiedyś porządnie objechać. Dziś po prostu było po drodze. Mamy szczęście, na rynku w Magnuszewie obok haubicy spotykamy mini paradę zabytkowych ciągników, w tym wiekowego Ursusa. Nadymili! Nahałasowali! Ale na szczęście się zatrzymali i wyłączyli silniki. Korzystając z zamieszania ulotniliśmy się we mgle. 

Jechaliśmy spory kawałek wzdłuż wałów Wiślanych i spotkalismy dziwne metalowe ustrojstwo na brzegu. Chyba tam kiedyś były jakies znaki, ale zupełnie zardzewiało i nic nie widać. Po paru przydrożnych cmentarzach i kwaterach wojennych dojechaliśmy do perełki dnia czyli skansenu militarnego pod Magnuszewem, w malowniczym sosnowym lesie. Meteor już tu był, więc na spokojnie zajął się centrowaniem koła (obręcz pęknięta i koło ma się coraz gorzej), a ja poszłam zwiedzać. Czołg znalazłam przypadkiem, dobrze schowany. Oprócz tego dużo różnego innego dobra, na którym się nie znam. Spodobało mi się coś amfibiopodobne i... nowy budynek muzeum, który dość dobrze wpisuje się w moje bunkrowe gusta. I jeszcze zrobili żwirkowy taras widokowy na dachu. Świetny pomysł! Niestety jest jeszcze nieczynne, ale za to w domku-kasie obok można dostać pyszne lody na patyku, coś za coś. Ponoć ekspozycja muzealna powinna sie otworzyć do przyszłych wakacji (gromadzą eksponaty).

Po spędzeniu dłuższego czasu na terenie muzeum i pamiątkowych fotkach z czołgiem pojechaliśmy dalej, mijając po drodze kościół w Rozniszewie, bardzo ładny (jak ja kocham ceglane budynki), kopiec kościuszkowski, znów cmentarz i wreszcie pomnik powstańców styczniowych w kształcie miecza na zboczu. Fajny pomysł, zimą się musi tu świetnie zjeżdżać na sankach. W zasadzie i bez sanek można ;)

Wreszcie podjeżdżamy do Warki i tu jest znów sporo do oglądania. Most kolejowy na Wiśle, kaplica na kirkucie, pomniki, obeliski, kapliczki słupowe i kościoły oczywiście. Wypatrzyłam nawet dziurę w płocie niedużego urbexu, więc i to mam zaliczone. Trochę szkoda, że już nie ma stropów, ale przynajmniej klatka schodowa jeszcze dostępna i można popatrzeć na wszystko z góry. Nie wiem co to, bo na guglach nic nie ma, muszę pogmerać na urbeksowych stronach. Poza tym zaliczamy również zamachy, pardon, zapachy z Warwinu, najpierw taniego wina, potem drożdży, słodu i wreszcie od tyłu jakiegoś paskudztwa. Na szczęście szybko udaje się stamtąd odjechać. A i wcześniej jeszcze krótki spacer po parku z odnowionym dworem i wybudowanym od nowa ceglanym cusiem o przeznaczeniu ekspozycyjnym, jak sądzę. Trza się dowiedzieć, kiedy ruszy, bo póki co jeszcze zamknięte.

Wjeżdżając z Warki odwiedzamy monumentalny pomnik lotników (mieli rozmach skurwysyny, no naprawdę), aż w końcu lecimy do lasy pod Grójcem na nocleg. Niestety wokół tylko sady i jabole we mgle, drogi zarośnięte i chcąc jakoś dotrzeć do lasu docieramy tylko do na wpoły zarośniętej przecinki z chyba nieco nielegalną amboną kłusowników rozbitą na środku drogi. To my i tam. Tu zjedliśmy znów pyszne kiełbaski z ogniska i chlebek. Meteor dopchnął chińszczakiem. Podejrzewałam, że mogą tu mieszkać zwierzęta, bo żaden samochód nie dałby rady tu podjechać. I rzeczywiście, w nocy przyszły dziki. Jeden dyszał nade mną, więc się wcisnęłam w Meteora i poszłam spać, skoro pstrykanie delikwenta nie odstraszyło. W końcu dziki sobie poszły i znów zrobiło się cicho.





























































































  • DST 64.70km
  • Teren 21.50km
  • Czas 04:21
  • VAVG 14.87km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Jabole we mgle - dzień pierwszy

Sobota, 12 września 2015 · dodano: 15.09.2015 | Komentarze 9

Poranek jakby wyjęty z życiorysu. Nie ma takiej godziny. A tu trzeba zdążyć na pociąg. Postanawiam zjeść śniadanie w drugim, po przesiadce w Warszawie. Meteor jakoś mnie holuje między peronami. Tu po raz pierwszy się nie dogadujemy w kwestii zakupu bułek (kto które ma kupić i dla kogo), ale wychodzi to dopiero w ciągu dnia. W każdym razie dopiero po dwóch godzinach od obudzenia zaczynam odczuwać jakiś głód. Dożeram mleko z płatkami z menażki w pociągu do Dęblina. Bowiem moją wycieczkę do Grójca przejął Meteor i oczywiście zaplanował po swojemu. Czyli mogiła na mogile i gdzieniegdzie pomnik wojenny, tak dla odmiany. Dobrze, że się jakie kościoły trafiały po drodze. ;)

Tego dnia zaczęliśmy od obfocenia znanej już stacji, tym razem nie była w dzikim słońcu, lub pod słońce, więc się udało. Potem cmentarz, pomnik, most takie tam dęblińskie klimaty. To już z grubsza znałam. Pogoda nie rozpieszcza, co prawda już nie pada, ale jest zimno i wilgotno. Trafiamy na rynek w Sieciechowie, które kiedyś było zacnym grodem, a dziś tylko podrzędną wioską. Szczerze nijak nie można by podejrzewać jej średniowiecznej świetności. I jeszcze ten kosciół w majtkowym różu, fuj. Zamek rozebrali okoliczni mieszkańcy. Przyjemne miejsce rozwałkowe, zadbany plac z kapliczką, ale nic poza tym. Niemniej zapowiada się fajna wycieczka, to nawet nie próbuję marudzić, żądam tylko osłoniętych od wiatru miejsc. Szanuję swoje nerki. :)

Trafiamy też ponownie do resztek stacji kolejowej w Bąkowcu, gdzie zastaje nas deszcz. Dzięki zadaszeniu udaje się przeczekać i zreaktywować czyjąś skrzynkę prowizorycznie. Jedziemy dziś do Kozienic, po drodze mijając cmentarz z I wojny, kwatery na zwykłym cmentarzu (ja jak zwykle szukam ciekawych postaci na grobach cywilnych i znajduję np. ciekawą rodzinę z XIX wieku). Odwiedzamy neoromański kościóła w Brodnicy. gubimy drogę przy miejscu śmierci "Dziewiątego", przez co musimy się wracać parę kilometrów.

W Kozienicach focenie zaczynam od drewnianego sporego młyna, a potem to już standardzik, przejazd przez miasto, odwiedzenie pałacu (który kiedyś wyglądał dużo ładniej, ale się zniszczył i teraz po kawałku odbudowują się oficyny). Jest tu też najstarszy świecki pomnik w Polsce, niepozorna kolumna poświęcona naszemu królowi, Zygmuntowi Staremu. A dokładniej faktowi, iż pojawił się on był na tym świecie z pomocą matki swojej, Elżbiety Rakuszanki z Habsburgów, wnuczki cesarza niemieckiego po matce. Naaa, polscy królowie byli małopolscy z urodzenia i żenili się z jakimiś włoszkami, no Sodoma i Gomora. Swoją drogą, że też polskiej szlachcie zawadzała Bona, a już niemiecka mamusia króla rodzonego nie. Jakie to "nasze". Poza tym w parku obok pałacu odkrywamy model przęsła mostu, którym Jagiełło przeprawiał się przez Wisłę w czerwińsku. Słowo daję, nie planowaliśmy, że akurat tak sprytnie połączy się dzisiejszy dzień z poprzednią wycieczką do Czerwińska. Jednak bardziej przypadła mi do gustu drewniana rusałka na wyspie, niż super realistyczne rzeźby wojów i innych takich. W Kozienicach jest też kirkut, ale zamknięty. Tuż przy nim trafiliśmy na ślub tirowców, ała, moje uszy. 

Zaczęło się zmierzchać, więc pognaliśmy do lasu i tam przypadkiem odkryliśmy dawną trasę wąskotorówki. Dzięki paru mostkom o nośności kilku ton, które mają się wyśmienicie. Bez nich pewnie byśmy nie zwrócili uwagi na tajemniczy wał po prawej stronie. Meteor nawet zauważył jeden samotny podkład kolejowy. Tyrpało, ale droga była dość szybka i z wiatrem. Takie było założenie, wiatr miał pomagać. Dojechaliśmy do rzadziej zarośniętego młodego lasu z sosnami i jeszcze młodszymi dąbkami i spożyliśmy same dobre rzeczy typu kiełbaska. Na dobry koniec dnia. Prawdziwe atrakcje miały nadejść jutro.

Zdjęcia z całej wyprawy pod tym linkiem, reszta relacji wkrótce.
















































  • DST 4.58km
  • Czas 00:19
  • VAVG 14.46km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Z Klu i M na dworzec

Piątek, 11 września 2015 · dodano: 14.09.2015 | Komentarze 0



  • DST 50.64km
  • Czas 02:50
  • VAVG 17.87km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Z Kluską i Meteorem do Parku Bajka w Błoniu

Czwartek, 10 września 2015 · dodano: 10.09.2015 | Komentarze 0

Wszystko byłoby fajnie, gdybym pospała więcej niż dwie godziny w nocy. A to robota, a to zasnąć nie mogłam, a to budziłam się po godzinie i znów od nowa. No ale jakoś się zwlokłam. O dziwo Kluski nie roznosiła energia (wyspokojniała ostatnio), tylko dziecię me bawiło się grzecznie w salonie, dzięki czemu jakoś udało się spakować i w drogę. Z ubieraniem też bez większych ekscesów, zwłaszcza odkąd Kluska wiedziała, że jedzie Weehoo a nie w foteliku.

Trasa mocno pod wiatr, ale ciepło i w słońcu. Niemniej w 1/3 drogi przechwyciłam od Meteora flanelkę, w której jemu dla odmiany zrobiło się za gorąco (ja jechałam w długim t-shircie). Kluska tradycyjnie w kapeluszu pod kaskiem, poza tym cienka bluzka z długim rękawem i na to tunika do leginsów. Trochę się zdziwiłam mijając przedszkole, większość dzieci w zimowych kurtkach i czapkach. Powaliło tych ludzi, czy co? Dopiero jak się zatrzymaliśmy na placu zabaw dotarło do mnie, że jak się jedzie, to jest jednak cieplej. W końcu Meteor przyniósł mi swoją bluzkę sportową i odebrał mi flanelkę. Kluska miała z początku dreszcze z zimna, ale się rogrzała bieganiem i zaczynała uciekać na widok bluzy od dresu. No dobraaa.

Potem zrobiło się jeszcze zimniej, głównie mnie, bo wysiadywałam na ławce w przeciwieństwie do rozganianego tatusia. W końcu musiałam założyć polar. Ale na szczęście ochłodzenie było chwilowe, potem wyszło słońce i było już ok. Dopiero około 17tej przyszło więcej chmur i siłą ubrałam dziecko w coś cieplejszego. No to oczywiście jak ją zapakowaliśmy do ustrojstwa, to zaraz wyszło słońce i znów się zrobiło gorąco, aż zdjęłam polar. 

W parku zwiedziliśmy wszelkie lokalne maksima i minima, Kluska nawet niestety parę razy zwiedziła je paszczowo, po czym ma małą szramę na policzku. No cóż, wypadków było sporo, blizn tu i trochę, po mamusi (bo jak by było po tatusiu, to byśmy skończyli na pogotowiu). ;)

W międzyczasie Kluska zaczęła przysypiać, to zainstalowałam osłonę mego pomysłu ze starej płóciennej chusty do noszenia dzieci. Po krótkim proteście dziecko machnęło ręką i przytuliło się do owijających ją koców, a ja byłam spokojna, że przez sen nie zacznie się niebezpiecznie przechylać.















  • DST 5.89km
  • Teren 2.20km
  • Czas 00:40
  • VAVG 8.84km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do Parku Procnera oglądać Trasę Zdrowia PZU

Środa, 9 września 2015 · dodano: 10.09.2015 | Komentarze 0

Jaka firma, taka ścieżka, chciałoby się powiedzieć, nędza straszna, nawet miasto nie spróbowało posprzątać terenu. Dziecku najbardziej spodobały się paliki do skakania, czego w sumie się spodziewałam znając z internetu poszczególne stacje. Trasa sporo piesza (ponad dwa kilometry łażenia).

Robiliśmy trasę trochę nie po kolei, bo nie wiedzieliśmy, gdzie się zaczyna i podjechaliśmy na chybił trafił. Zaczęliśmy na siódemce, a potem po sznurku. Ale do ćwiczenia nr3 musieliśmy wrócić po odbębnieniu całości. Skakanie po palikach było hitem dnia (op! op! op!). Przy okazji nauczyłam Kluskę biegać slalomem i udawać spadanie ze słupka, w co bawiliśmy się chyba dobry kwadrans. :)