Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lavinka z miasteczka Żyrardów. Mam przejechane 48178.52 kilometrów w tym 7970.36 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 15.08 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Inne linki

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lavinka.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w miesiącu

Listopad, 2014

Dystans całkowity:447.56 km (w terenie 37.50 km; 8.38%)
Czas w ruchu:29:27
Średnia prędkość:15.20 km/h
Maksymalna prędkość:45.00 km/h
Suma kalorii:7613 kcal
Liczba aktywności:15
Średnio na aktywność:29.84 km i 1h 57m
Więcej statystyk
  • DST 2.81km
  • Czas 00:10
  • VAVG 16.86km/h
  • VMAX 20.50km/h
  • Kalorie 58kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

291/365 Miało być po Dęblinie

Sobota, 29 listopada 2014 · dodano: 29.11.2014 | Komentarze 2

To niesamowite, że dzień wcześniej Meteor uzgadniał z wErroną transport rowerow, a mnie powiedział dopiero z samego rana. Chyba liczył na to, że odmówię i nie pojadę. No i co jeszcze, ostatnio w Dęblinie cmentarz przegapiliśmy i chciałam go obejrzeć. A teraz najlepsza pora. I skrzynki z lokomotywowni trza było wynieść. Choć czułam, że daleko to ja nie zajadę. 

W drodze do Dęblina marzły mi stopy. Słabo. Ale co tam, zacznę łazić, to się rozgrzeją. Na krótkim postoju przy drewnianym kościółku w Dobieszynie miałam mały kryzys temperaturowy. Za zimno!  W lokomotywowni w Dęblinie natknęliśmy się na właściciela, który dzięki Werronie pozwolił nam "pozwiedzać". Teren jakby ciut uporządkowany, wagon zniknął, krzaki częściowo wycięto, przed budynkiem deski i podkłady. Ciekawe czy remont? Niestety podczas zwiedzania palce od nóg zamarzły mi na kość. Najpierw przestałam je czuć, a potem przeciwnie, zaczęłam. Bardzo boleśnie. Przytupywanie nie pomagało. Werrona wymyśliła, że sobie ogrzeję stopy na przednim siedzeniu kierowcy, a Meteor dodał łapkę samogrzewkę chemiczną. Fajnie grzała, ale krótko niestety. Jednak wszystko razem przywróciło mi czucie w palcach. 

Jednak wszystko wskazywało na to, że jazda w mrozie w moich wykonaniu raczej nie wchodzi w grę, poza tym robiło się późno. Po naradzie wojennej ustaliliśmy, że jedziemy na cmentarz i do bramy lubelskiej samochodem. I most kolejowy na Wiśle z torami na Radom. Na cmentarzu fortecznym spędziliśmy dużo czasu. Raz, że przedzieraliśmy się przez krzaki, dwa że było tam sporo otwartych grobów i świeciliśmy latarkami do środka, trzy że Werrona przypadkiem znalazła zarchiwizowaną skrzynkę geocache. Postanowiliśmy ją ukryć ponownie, ale w mniej kontrowersyjnym miejscu. W jednym z grobowców (pustym) znaleźliśmy jaskinię szatanisztów.

Kolejnym punktem wycieczki był pomnik i brama lubelska. Werronie udało się przecisnąć przez szparę w płocie, Meteorowi też, a ja... utknęłam w puchówce. Bałam się ją porwać. I tak już miałam dziurę w spodniach. Więc poszłam się przejść nad Wisłę. Ale tam stali jacyś ludzie więc wróciłam. Poszliśmy nad Wisłę w trójkę. Dziwni ludzie okazali się młodzieżą na trekkingu, palącą sobie ognisko. 

Kolejnym punktem wycieczki okazał się Lidl i przystanek na croissanty. A potem... musieliśmy wracać do domu, bo już była prawie 14ta. I tak Werrona trochę się spóźniła do domu, przez co w biegu kupowała tort dla syna, a ja przy okazji szarlotkę, bo wyglądała smakowicie i małosłodko. Zaiste była w sam raz. :)

No i sobie nie pojeździliśmy na rowerach, zwłaszcza Werrona, która nie przejechała nawet jednego metra.


  • DST 7.64km
  • Teren 2.00km
  • Czas 00:31
  • VAVG 14.79km/h
  • VMAX 21.90km/h
  • Temperatura 3.0°C
  • Kalorie 158kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

290/365 Fioletowy kwiatek z żółtym środkiem

Środa, 26 listopada 2014 · dodano: 26.11.2014 | Komentarze 2

Wycieczka do krzyża na krzyżówce z Kluską. Popełniłam błąd zabierając kubełek i łopatkę. A tu nie było w czym kopać. Głupia ja, trzeba było zabrać kilka piłek. No trudno, za gapowe się płaci, trochę było awantur na starcie. Na chwilę cisza, bo Kluska znalazła kijek, później abarot, bo znalazła kubełek w mojej sakwie. Ale w końcu wpadłam na pomysł, by pokazać jej sztuczne kwiatki na płotku wokół krzyża. To był strzał w dziesiątkę. Jak tylko oczywiście udało mi się małą wyciągnąć z rowu. Jar trzeba zaliczyć, nawet płytki. Biegając po lesie Kluska znalazła dwa grzybki (psiary, ale na bezrybiu i grzyb ryba) oraz nieduże płaskie podwyższenie terenu. Tomi stwierdził, że to może być jakaś zapomniana mogiła. Znalazłam obok doniczkę, słoiki... moim zdaniem ktoś wysypał śmieci i zasypał je ziemią. Bez porządnego szpadla i badań archeologicznych nie dojdziemy, kto z nas ma rację.

Wracając do sztucznych kwiatów jako pierwsze przykuły uwagę Kluski czerwone z żółtymi środkami. Takie plastikowe gerbery. Później odkryła żółtą... e.... no takie żółte puchate coś. A zaraz obok fioletowego kwiatka z żółtym środkiem. To dopiero był szał. Dotykało się żółteg środka, wybiegało przed krzyż i podskakiwało. Ja też musiałam skakać. Tomi, jak do nas doszedł, tym bardziej. Jeszcze mała przy okazji zbiegała z górki i wbiegała na górkę, albo zbiegała, robiła pół kółka po drodze i znów wbiegała. Tomi w międzyczasie przypomniał nam o reperze. Pokazałam go Klusce i teraz było jeszcze bieganie do reperu i plątanie się w jeżynach.

I dobrze, dziecię się choć rozgrzało. Bo oczywiście Kluska nie chciała włożyć rękawiczek. W drodze do lasu jeszcze jechała w czapce, w lesie ją zdjęła i nie dała sobie założyć podczas pakowania na rower (przekupiliśmy ją jak zwykle rozwodnionym sokiem z marchwi). Latała w cienkim kominku. Zimno mi się robiło, jak na nią patrzyłam, a ta nic. Eskapebol mały. 

















  • DST 1.42km
  • Czas 00:05
  • VAVG 17.04km/h
  • VMAX 20.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze

289/365 Do Kauflandu

Wtorek, 25 listopada 2014 · dodano: 25.11.2014 | Komentarze 11

Po różne dobra. Z jedzenia tylko banany, serek pleśniowy (wrócił mój ulubiony, co go przestali zamawiać!) i się rzuciłam na mleko sojowe  z wanilią. Tak naprawdę pojechałam po żarówkę, bo się przepaliła. :)


  • DST 34.56km
  • Teren 9.00km
  • Czas 02:02
  • VAVG 17.00km/h
  • VMAX 25.50km/h
  • Kalorie 713kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

288/365 Cyklogrobbing liściopadowy

Sobota, 22 listopada 2014 · dodano: 22.11.2014 | Komentarze 3

Ostatnio mniej jeżdżę, to i nawety krótkie dystanse dają w kość. A może to jednak temperatura? Kiedys przy takiej przestawałam jeździć, bo mi na trasie zamrzały palce od stóp i dłoni. Teraz mam lepsze rękawiczki, ale nadal marznę, gdy się często zatrzymuję. A dziś były trzy postoje cmentarne. Po ostatnim wróciłam do domu, a Tomi pojechał do dalszych skrzynek. Rozgrzałam się dopiero pod Sokulami w drodze powrotnej. Nawet przez moment zrobiło mi się za ciepło i zrobiłam mały postój na herbatę pod krzyżem na krzyżówce. I przy okazji sprawdziłam, co tam ze skrzynką. Ups, zniknął worek, a ja nie miałam nowego na wymianę. Trzeba będzie w wolnej chwili podjechać, bo chwilowo skrzynka jest w strunówce.




  • DST 43.26km
  • Teren 3.50km
  • Czas 02:31
  • VAVG 17.19km/h
  • VMAX 35.20km/h
  • Kalorie 892kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

287/365 Zimno do pioruna!

Niedziela, 16 listopada 2014 · dodano: 17.11.2014 | Komentarze 2

Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że nie może być aż tak zimno. Założyłam polar na t-short, na to kurtkę od wiatru i myślałam, że wystarczy. Pierwsze kilka km wystarczyło. Potem zmarzłam i jadąc pod wiatr nie mogłam się rozgrzać. Nie byłam w stanie szybko jechać, a tylko tak umiem się ocieplić od środka. Chyba że jest podjazd, ale tu nie było podjazdu. Miało być krótkie 30km, wyszło dłużej i na dodatek ponad połowa trasy nie w tę stronę co trzeba. A tu dziecko miało przyjechać... i co? I zastało pusty dom. Trochę miałam o to żal do Tomiego, trzeba było wracać lasem i odłożyć zakopanie ammoboxa do lepszej pogody. No nic. Co się stało, to się nie odstanie.
Takie tam pobieżne serwisy skrzynek po drodze i grzybek. Kapelusz miał ze dwa centymetry średnicy.











  • DST 2.55km
  • Czas 00:09
  • VAVG 17.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze

286/365 Nad pięknym mokrym Dunajem - epilog

Środa, 12 listopada 2014 · dodano: 17.11.2014 | Komentarze 0

Mieliśmy być wyrzuceni na drodze przy Radziejowicach, ale kierowca zrobił nam niespodziankę i podwiózł nas do samego Żyrardowa, tylko od południa. Dlatego taki mały dystans, bo trzeba było tylko przez miasto do domu przejechać.

  • DST 70.71km
  • Czas 04:50
  • VAVG 14.63km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

285/365 Nad pięknym mokrym Dunajem dzień 4

Wtorek, 11 listopada 2014 · dodano: 17.11.2014 | Komentarze 2

Jak Tomi wymyśli drogę na skróty, to na bank będzie dookoła. Nawet już się przyzwyczaiłam i protestuję tylko pro forma. Wiem, że i tak będziemy jechać kilka godzin dłużej niż reszta (bo skróty Tomiego są bardzo fotogeniczne), będę upiornie zmęczona (skróty Tomiego przez góry zazwyczaj mają więcej podjazdów) i w zasadzie nie będę się mogła doczekać kolejnej wycieczki w podobne rejony. To przez wrodzony masochizm, bez którego nie da się z tym człowiekiem wytrzymać ;*

Toteż oczywiście już w połowie dnia byłam totalnie wypluta i trzęsły mi się nogi ze zmęczenia (na szczęście jeden dłuższy postój z kotem spowodował, że niepokojące objawy ustały i mogłam wolno toczyć się dalej). Skrót prowadził po słowackiej stronie Dunaju, skąd były bardzo ładne widoki na góry, gdzie toczyła się pustawa linia kolejowa i były genialne widoki z plaży na rzekę. Koniecznie musieliśmy się choć na chwilę rozwalić na piaszczysto-żwirkowej plaży. Zresztą mamy z niej kilka muszelek. Drugi postój był planowany, na moście kolejowej położonym na granicy słowacko-węgierskiej. Most przebiega nie nad Dunajem, ale nad jego całkiem solidnym dopływem (rzeczka podobna do naszej Bzury). Mieliśmy kupę szczęścia, bo przez cały poranek nie minął nas ani jeden ciapąg, a mostem przejechały dwa, jeden pasażerski, a drugi towarowy. Na most trafiliśmy wertepiastą gruntówą mijając panią na rowerze, która na polskosłowackie pytanie Tomiego odpowiedziała po węgiersku. Ot takie przygraniczne przygody.

A potem skończyła się sielanka i wjechaliśmy pod górę. Z początku łagodnie, bo na trasie kolejki wąskotorowej, więc jechało się bezboleśnie. Tym lepiej, że okolica była zalesiona i przestaliśmy rypać pod wschodni wiatr, który na poprzednim odcinku trochę nas przystopował prędkościowo. Na trasie spotkaliśmy kamieniołom, mostek i źródełko. Po kilku kilometrach kolejka zakończyła się zaoranym polem i wiatką, trza było z miejscowości zjechać do małej doliny i znów polecieć pod górę. Tym razem ostrzej, miejscami musiałam rower pchać. To właśnie po tym odcinku odbył się postój z kotem, z którym podzieliłam się kabanosem. Tak, kabanosy tego dnia mnie ratowały (w zasadzie dnia poprzedniego również, o czym chyba zapomniałam wspomnieć w relacji). Kolejny podjazd, kolejny zjazd (tym razem szybki i przyjemny, ale trochę mnie to martwiło zważywszy na trasę główną, do której niebawem mieliśmy dobić - każdy metr w dól oznaczał tyle samo w górę).

W końcu dobiliśmy do głównej trasy ucieszeni, że jeszcze jasno i pojechaliśmy zamkniętym dla ruchu samochodowego odcinkiem górskim. Spodziewaliśmy się asfaltu tak jak dzień wcześniej. Niestety asfalt szybko się skończył i zastąpiła go kamienista błotnobreja. Pod górę dużo nie straciliśmy, wszak podjazd zawsze jest wolniejszy. Najwięcej straciliśmy na zjeździe, kamulce i błoto po zrywkach było tak duże, że rzadko przekraczaliśmy prędkość 10km/h. Cieszyłam się, jak jechałam 15, bo to oznaczało "szybciej". Wreszcie wertep się skończył, zaczęła się szosa główna ale i ostatni podjazd solidny. A tu 20 minut do zbiórki. Wiedzieliśmy, że się spóźnimy, ale liczyliśmy sporo nadrobić na ostatnim zjeździe. Ten kawałek podprowadziłam rower, więc znów utracone cenne minuty światła słonecznego. Zmierzchać zaczęło się na zjeździe i czułam, że może zdążymy przed zmrokiem i spóźnimy się góra pół godziny. Ale po drodze okazało się, że remontowane są dwa mosty na strumieniach. To znaczy zamiast mostów są dwie błotne przeprawy dla koparek. Jeden raz przeprawiłam się sama, drugą pomógł mi Tomi. Straciliśmy jednak trochę czasu i w efekcie na miejsce przyjechaliśmy prawie godzinę później niż trzeba. Ale bardzo na nas nie czekali, w końcu trochę czasu zajęło pakowanie klamotów do busa.


  • DST 67.49km
  • Teren 7.00km
  • Czas 04:57
  • VAVG 13.63km/h
  • VMAX 40.00km/h
  • Kalorie 1396kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

284/365 Nad pięknym mokrym Dunajem dzień 3

Poniedziałek, 10 listopada 2014 · dodano: 16.11.2014 | Komentarze 3

Czas opuszczać nasz ulubiony statek i jechać w jakieś porządne góry. Ale najpierw jedziemy wzdłuż Dunaju do miejscowości Szentendre (w węgierskim s czyta się jako sz, a sz jako s, strasznie mnie to gubi). Piękne miasteczko przytulone do Dunaju, jeszcze w ludzkiej skali, czyli możliwe do przejścia piechotą w kilka godzin. My mieliśmy rowery, więc poszło jeszcze szybciej. Tylko foto-stopy nas opóźniały. W krętych uliczkach można było zabłądzić, ale też odnaleźć śmieszne skróty, np. do placu przed kościołem. Z żalem opuszczałam to miejsce, ale nocować mieliśmy na Słowacji, a to jeszcze daleka droga przez góry. Nie chcieliśmy jej pokonywać nocą, więc trzeba było się śpieszyć.

Wyjeżdżając z miasteczka natrafiliśmy przypadkiem na kirkut i piekarnię, gdzie nabyliśmy same dobre rzeczy, w tym sprawdzone już przeze mnie pierwszego dnia okrągłe ciacho z makiem. Mniam. Tomi kupił takie fioletowe coś, ale nie dało się tego jeść, mdliło od słodyczy (dał mi spróbować). Tym razem nie było problemów z porozumiewaniem się z panią w piekarence, po prostu od razu pokazywaliśmy paluchami, co chcemy. Chcieliśmy to, owo, oraz banany. Dwa. Przydały się tego dnia i następnego.

Po wyjechaniu z Szentendre spotkaliśmy polanę pełną owiec oraz skansen za płotem. I jedno i drugie sprawiało wrażenie niedostępnego, toteż nie zawarliśmy bliższej znajomości, tylko pojechaliśmy dalej, bo chmury coraz gęściejsze, a dzień niezadługi. Wreszcie wjechaliśmy po ciężkim podjeździe na trasę bez samochodów, za szlabanem. Pięknie, rudo, żółto, brązowo czyli złota jesień jak się patrzy, jeno węgierska, nie nasza. U nas już szaruga, tu jeszcze trwał nasz październik. Bardzo mi się to podobało. To takie cudowne wydłużyć sobie ulubioną porę roku o kilka dni. Pogoda była nadal lekko mglista, ale po wyjechaniu na mniej zalesiony teren dało się obejrzeć majaczące w oddali co wyższe szczyty. Bardzo fajne miejsce do pieszego trekingu. Może kiedyś?

Jedziemy, jedziemy, wreszcie za zakrętem spotkało nas mleko. Taka ściana białego powietrza. Wjechaliśmy w chmurę. Zrobiło się zimno, wilgotno, ale tak pięknie, że wyobraźnia zaczynała mi intensywnie pracować podpowiadając widoki smoków, krasnoludów i walecznych rycerzy. I oczywiście elfów czy innych leśnych stworów ;) No i niestety mgła pochłonęła światło. Udało się jeszcze zjechać z jednego szczytu o szarówce, ale zmrok dopadł nas na głównej drodze prowadzącej do Esztergom, czy raczej słowackiego Sturova. Raz nawet zgubiliśmy drogę, bo po ciemku główna wydawała się boczną. Wreszcie podjechaliśmy po skrzynkę, błądząc po lesie po ciemku musieliśmy wyglądać upiornie. Skrzynkę znaleźliśmy, obiektu keszowego nie, ale to raczej przez brak pomysłu, gdzie się znajduje. W domu Tomi odkrył, że był bardzo daleko od kesza i prowadziła doń inna droga. Nie mieliśmy szans. W podobny sposób przegapiliśmy sąsiedzką opuszczoną bazę wojskową. Raz, że o niej nie wiedzieliśmy, dwa, że była położona bardzo wysoko i pewnie też nie chciałabym tam pojechać. Byłam bardzo zmęczona. A tu jeszcze zjazd.

Wydawałoby się, że zjeżdżanie w dół jest łatwe. Ale nie po nocy, z mijającymi człowieka samochodami, z kurczowo zaciśniętymi marznącymi i mokrymi paluchami na klamkach. Bolały mnie dłonie. Nagle wyjechaliśmy z chmury i nad naszymi oczami ukazało się rozgwieżdżone niebo. Nie mogłam uwierzyć, tak szybko to się stało. Szkoda, że nie byliśmy tu kilka godzin wcześniej, zachód słońca w tej scenerii musiał być niesamowity. No trudno. Zawsze po wyjeździe czuję niedosyt i chciałabym pojechać w dany rejon jeszcze co najmniej raz. Tyle rzeczy zobaczyliśmy, drugie tyle zostało do obejrzenia.

Do Esztergom dotarliśmy ok. godziny 18 i pojechaliśmy do bazyliki na wzgórzu zamkowym. Niestety nie była oświetlona, więc Tomi jej w ogóle nie zauważył, a ja usłyszałam po dźwiękach dzwonów i dzięki temu wiedziałam, w którą stronę patrzeć. Była ogromna. To z całą pewnością największy kościół, jaki dane mi było oglądać. Pewno nie najwyższy, kościoły toruńskie i krakowskie mogą być wyższe, chodzi mi o samą kubaturę bryły. No i trochę "licheńska" w formie, ale na szczęście niezłota, więc następnego dnia oglądało się ją z przyjemnością. Po ciemku nie było widać prawie nic, za to znaleźliśmy miejscowy rower miejski przy tunelu pod wzgórzem. Potem przejechaliśmy przez śliczny metalowy most i dotarliśmy na nocleg. Cisza, spokój, tylko właściciel trochę wkurzony, bo spodziewał się jednej grupy w całości, a mu co kwadrans przyjeżdżała grupka 2-3 osób i chciała klucze do pokojów. Biedak nie miał chwili spokoju i trochę się zaczęłam denerwować, czy da nam wreszcie te klucze. Bo byłam mocno padnięta. W końcu się udało, zalegliśmy, dostałam budyń czekoladowy, wykąpałam się i chyba dopiero wtedy, po kąpieli - moja twarz zaczęła wyglądać normalnie. Przedtem była szaro-biało-czerwona. Ja jednak wolę slow cycling.


  • DST 49.01km
  • Teren 2.00km
  • Czas 04:18
  • VAVG 11.40km/h
  • VMAX 32.00km/h
  • Kalorie 1024kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

283/365 Nad pięknym mokrym Dunajem dzień 2

Niedziela, 9 listopada 2014 · dodano: 15.11.2014 | Komentarze 5

Budapeszt. Miasto sięgające historią czasów rzymskich, a może i wcześniejszych? Formalnie stworzono go z trzech miejscowości, Buda, Obuda i Peszt (Trochę jak Mlekota, Blekota i Pekota z Arabeli), wyrosłych wokół ruin rzymskiej osady Aquincum, którego ruiny można obejrzeć zza płota, bo do muzeum wchodzić się nam nie chciało. Poza tym nie wiedzieliśmy, czy w ogóle jest otwarte, wyglądało na opuszczone i wymarłe. 

W Budapeszcie nocowaliśmy na Dunaju. Dokładniej w hotelu - statku o wdzięcznej nazwie Aquamarina, która jednak okazała się nie być prawdziwą nazwą statku. Tak naprawdę statek podczas swojej długiej kariery miał wiele imion. Pierwsze to  Великий князь Александр Михайлович czyli Wielki książę Aleksander Michajłowicz. Car Aleksander znaczy. Pod rosyjską banderą służył do 1917 roku, kiedy to skomplikowała się sytuacja polityczna Europy do tego stopnia, że gładko wpłynął do Związku Radzieckiego, zwanego CCCP (Cep cepa cepem poganiał). Z oczywistych względów jego imię nie bardzo pasowało nowej władzy i przemianowano go na  Харьков czyli Charkow. Co tam z tym Charkowem było, to nie wiem, na pewno Tomi coś napisze, jak skończy relację z dnia w Budapeszcie. Koniec końców ta nazwa też okazała się śliska i wreszcie statek mianowano Память тов. Азина czyli pamięci towarzysza Azina. Średnia nazwa na hostel, prawda? No to go przemalowali, nawet udają, że to prawdziwa nazwa i go pa ruski pod nazwą alfabetem łacińskim piszą. Dałam się nabrać ;)

Pogoda tego dnia dopisywała, ale było mglisto i dzięki temu wychodziły piękne zdjęcia. Niestety popołudniu słońce schowało się za chmury i już nie było tak bajkowo. Za to w nocy główne budynki były tak dobrze oświetlone, że nawet moja maupa je w miarę dała radę uwiecznić. 

Na trasie wycieczki mieliśmy ruiny Aquincum, ruiny amfiteatru podobnego do Koloseum (i zbliżonego skalą przynajmniej jeśli chodzi o arenę), trafiliśmy też na fundamenty starej synagogi. Pewnie śladów Rzymian w mieście jest więcej (na pewno przegapiliśmy jeden mniejszy amfiteatr), ale jeździliśmy trochę na chybił trafił, za mało czasu na gruntowne zwiedzanie miasta. Na to by tygodnia nie starczyło, a my mieliśmy tylko jeden dzień. Więc trochę po łebkach dotarliśmy na wzgórze zamkowe, obejrzeliśmy co trzeba i polecieliśmy dalej. I tak rano straciliśmy trochę czasu szukając zjazdu z wyspy, na którą zwabił nas podstępnie most tramwajowy z nitowaną kratownicą pięknej urody. Naszą trasą jeździło takie "naziemne metro", miejska kolejka o numerze 5, która może i dowiozłaby nas do centrum (można wozić rowery), ale Tomi nie chciał kombinowania z biletami, bo się nie wywiedzieliśmy zawczasu co i jak. 

Bardzo miłym miejscem okazał się pomnik z parasolami i pan z rozwałką siedzący przy stole na placu. Przy pomnikach z parasolami spotkaliśmy panią, która co prawda nie mówiła po angielsku, ale że Tomi znów ujawnił swój talent lingwistyczny - dogadał się z nią w języku niemieckim, którego nie zna. Ale za to pani znała, więc przynajmniej ona się dogadała z nim. I dzięki temu dowiedzieliśmy się, że niedaleko od parasoli jest dom rzeźbiarza, w którym jest muzeum. Nawet tam pojechaliśmy i Tomi zapuścił do środka żurawia, ale uciekł i ja nie wiedziałam co zrobić, gdy za nim wyskoczył pan z muzeum sprawdzić, kto tam nurkuje przy bramie (brama dzwoniła metalowym dzwonkiem przy otwieraniu). Ale my jesteśmy aspołeczni. Uciekłam za Tomim przeklinając go w duchu ;)

Za to przy amfiteatrze odkryliśmy polski akcent, to znaczy pomnik Katynia. Bardzo ładny, w Polsce takich fajnych nie mamy. Prosty i czytelny w odbiorze, bez zbytniej fanfaronady, za to z szacunkiem dla ofiar. Polacy mogliby się niejednego od Węgrów nauczyć. Zresztą polskich akcentów było więcej. Trafiliśmy na pomnik poświęcony Twierdzy Przemyśl, a także inny, znanemu ziomalowi, generałowi Bemowi. Co do akcentów europejskich mogliśmy obejrzeć stację metra, ale tylko z zewnątrz, bo Tomi czegoś nie chciał złazić. No i Bebo, czyli budapesztańską wersję polskiego Veturilo firmy Next Bike. Nówka sztuka, w tym roku zaczęli. Nawet mi się udało zalogować do systemu, ale budka krzyczała, że chce 1500 ichniejszej waluty, a ja chyba miałam na koncie mniej i mi nie chciało wypożyczyć. Albo nie wiedziałam, jak to zrobić, bo panel był kolorowy i zupełnie inny niż warszawski w obsłudze.

W ogóle było bardzo przyjemnie i żal było, że szybko zapadał zmrok. A przecież i tak ze 45 minut później niż w Polsce. Po zmroku podjechaliśmy obejrzeć bardzo klimatyczny tunel pod torami kolejowymi, z zewnątrz obejrzeliśmy muzeum komunikacji z wbudowanym ciapągiem i samolotem na dachu... potem park, źródełko (zamknięte), pomachaliśmy termom, w których nie zamierzaliśmy się kąpać jak reszta grupy (no przecież już się kąpaliśmy w tym tygodniu), obejrzeliśmy nieco park (w środku jest miasteczko komunikacyjne dla dzieci) i podjechaliśmy w ostatniej chwili nabyć coś do jedzenia z budki. Węgrzy chodzą spać z kurami, ledwo zapadł zmrok, a była to godzina 19ta, a już wszystko zaczynało się zamykać. Zdążyliśmy w ostatniej chwili zamówić w zasadzie to samo co w hotelu dnia poprzedniego, bo wiedzieliśmy jak się nazywa to to po ichniemu. Wyszło taniej, ale równie smacznie. A placek tym razem był ciepły, więc smakował podwójnie. Tylko nie dałam rady zjeść więcej niż 1/4. Strasznie zapycha.

Na sam koniec wróciliśmy po wschodniej stronie Dunaju, obejrzeliśmy parlament z bliska (tu minęliśmy się z bardzo licznym kordonem policji, ciekawe po co szli do parlamentu) i pojechaliśmy dalej obejrzeć jeden z ładniejszych mostów. Który na dodatek ma odnogę na wyspę. Skorzystaliśmy z odnogi i pojechaliśmy wyspą do następnego mostu, na który nie bardzo umieliśmy wjechać trasą dla rowerów, więc wjechaliśmy trasą dla samochodów i musieliśmy się szybko z niej ewakuować na DDRkę. Tylko raz nas ktoś strąbił ;) Trasy rowerowe są dość dobrze oznakowane, ale bywają trudne momenty, gdzie człowiek bez dobrej mapy się gubi. 

Wróciliśmy do hotelu grubo po 20, ale Tomi już miał shakowaną grzałkę, więc byliśmy zupełnie niezależni od miejscowej kuchni i mogłam jak poprzedniego wieczoru na półlegalu wypić gorące ziółka, które mi dobrze robią na brzuszek. A i byłabym zapomniała, na zamku nareszcie pierwszy raz w życiu skosztowałam jadalnych kasztanów. Pyszne, ale trochę zapychają i nie zdołałam zjeść całej porcji.

Co do niespodzianek, na zamku trafiliśmy na rzeźby z Asterixem z czasów, gdy jeszcze nie był taki niski i Obeliksem z czasów, gdy jeszcze nie był taki gruby. Znów przydała się pompka, przy kracie z kłódkami zaczepił nas lokals z prośbą o napompowanie kółek w dziecięcym wózku. Mamy w tym temacie pewne doświadczenie, więc wspomogliśmy duuużą pompką.




  • DST 88.49km
  • Teren 1.50km
  • Czas 05:15
  • VAVG 16.86km/h
  • VMAX 45.00km/h
  • Kalorie 1824kcal
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

282/365 Nad pięknym mokrym Dunajem - dzień 1

Sobota, 8 listopada 2014 · dodano: 15.11.2014 | Komentarze 4

Zanim dojechaliśmy do Vác, czyli naszej miejscowości startowej, mieliśmy parę postojów. Ostatni na jakimś zupełnym nigdziu oddalonym mniej więcej godzinę ostrego tyrpania, po którym zrobiło mi się bardzo niedobrze. Na szczęście nic nie jadłam podczas podróży, to się nic nie zmarnowało. Ostatni postój odbył się przy stacji kolejowej z pięknej urody latarniami. A potem rozwałka, ja szukałam sobie miejsca i nie mogłam znaleźć, a Tomi nas rozpakowywał z busa i składał do kupy. Przy okazji wyszło, że niestety podróż scentrowała mi leciutko przednie koło i trochę obcierał hamulec. Ale nie na tyle, by przeszkadzać w jeździe, więc ok.

W Vác zabawiliśmy chwilkę, bo a to keszowanie (co jedna skrzynka to gorsza, zupełnie nic nie znaleźliśmy), a to szukanie bankomatu, a to rozwałka na kawę, herbatę i kanapki. Mnie niestety po zjedzeniu i wypiciu czegokolwiek zaczynał boleć brzuch, więc odpuściłam sobie te przyjemności na długo. Dopiero późnym popołudniem poczułam głód i strawa nie powodowała skrętu kiszek. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Trasa wycieczki wiodła przez malownicze późnojesienne górki, łagodnie spływające do Dunaju. Ale my w przeciwną stronę, więc trochę się trzeba było spocić, by wjechać na niejedną górę. Na szczęście tego dnia podjazdy były raczej łagodne, fotostopów niedużo (tylko pomniki, rzeźby, kościółki i pałac), jeden spocznik technicznych z powodu niepisanej tradycji na Longinadach, czyli że pierwszego dnia Tomi łata dętki i reperuje rower. Tym razem o dziwo skończyło się tylko na tym jednym razie. Przypadkiem postój odbył się pod starym spichlerzem.

Wisienką na torcie okazała się miejscowość Galgagyörk, o jakże wdzięcznie ugrofińsko brzmiącej nazwie, jak i ozdobionym przystanku autobusowym. Jak na złość zamiast ludności węgierskiej spotkaliśmy tam głównie cygańskie dzieciaki i garstkę rodziców. Węgrzy po prostu siedzieli w domach, albo jeździli samochodami. Węgierska prowincja bardzo przypomina mi polską. Nawet asfalty podobnie dziurami łatane. Tylko kierowcy mniej buraczani. Czasami trafil  się wariat na ruchliwszej trasie, ale wyprzedzanie na trzeciego niemal się nie zdarzało, co w Polsze jest niemal normą ("misięśpieszyzm"). Reasumując, znowu mi było lepiej niż w kraju ojców i matek.

Po drodze na przedmieściach Budapesztu trafiliśmy do piekarni z pysznym chlebem i ciachami, lecz niestety Meteor wzbudził panikę swoim angielskim wśród obsługi. Na szczęście Tomi umie się dogadać w każdym języku za pomocą słów kluczy wspomaganych gestami i dostaliśmy dokładnie te pyszne rzeczy, które chcieliśmy. Ja nie wytrzymałam starcia z tak dużą liczbą obcych ludzi mówiących na dodatek w niezrozumiałym języku i uciekłam pod pretekstem pilnowania rowerów. Polecam płaskie, okrągłe ciacha z makiem zakręcane w spiralkę.

Na koniec dojechaliśmy do mostu, który był początkowo zaznaczony na trasie Longina, ale ją zmienił, bo ciężko tam było jechać rowerem. Ale i tak na nim wylądowaliśmy. I w sumie jechaliśmy tak, jak chciałam, choć Tomi przez pół dnia tłumaczył mi, że będziemy jechać inaczej. No dobraaa, co ja się będę kłócić ;)

Pamiątkowa fotka z "Diuną" i wieczorne myk na nocleg do statku, któremu należy się chyba oddzielne opracowanie. W każdym razie okazał się rosyjską perełką z początku XXwieku. Kiedyś był parowcem, dziś po lekkim liftingu robi za hosteloknajpę. Bardzo mi się podobało. Na kolację zjadłam naleśnik z nutellą i spróbowałam węgierskiego placka z serem od Tomiego. Placek niestety był już nieco chłodny. Na ciepło dnia następnego smakował lepiej.

Fotki z całego wyjazdu z wyjęciem Budapesztu na picasie.

A trasa tutaj.