Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lavinka z miasteczka Żyrardów. Mam przejechane 49807.70 kilometrów w tym 8374.46 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 15.04 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Inne linki

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lavinka.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 101.45km
  • Teren 33.00km
  • Czas 06:27
  • VAVG 15.73km/h
  • VMAX 28.50km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

No to wiejemy!

Niedziela, 17 maja 2015 · dodano: 17.05.2015 | Komentarze 8

Meteor ostrzegał, że będzie wiać, ale że będzie aż tak wiać nawet w środku lasu? Pojechaliśmy do Łowicza przez wszelkie możliwe lasy, a i tak jechałam ledwo ledwo. Raz, że chyba mi się lekko zakwasiły nogi po wczorajszym i miałam w związku z tym mniej pary, dwa że Meteor dostał jakichś skrzydeł, albo po cichu zamontował sobie wspomaganie elektryczne, specjalnie porównywałam licznik na tej trasie, mimo mocniejszego wiatru na tych samych odcinkach co wczoraj jechał szybciej! Wczoraj może bym się zawzięła i go dogoniła, dziś nie miałam szans. Więc bidul musiał co róż stawać i na mnie czekać. Kto ma w nogach, ten nie ma w beretach, czy jakoś tak.

Ale w końcu dojechaliśmy do Łowicza i zaczęliśmy keszować. Skrzynki znajdowały się niemal same, aż byłam zdziwiona, bo w miejskim keszowaniu mamy zazwyczaj 50% skuteczności. Czyli albo się znajdzie, albo nie. A tym razem raz M. wygarnął, raz ja. Raz nawet myślałam, że nie ma, no totalnie nie widziałam niczego, a potem się okazało, że jednak był, na widoku. W ogóle M. miał dobry dzień, znalazł finał multaka bez etapów pośredniach. Intuicyjnie poszedł w krzaki i przyniósł pudełko :)

Założyliśmy też świńską skrzynkę w ruinach rzeźni w Łowiczu, ale to jeszcze trochę z publikacją, trzeba zrobić opis. Tu byłam tak zmordowana, że "hasło" do skrzynki poszedł chować M., a ja prawie usnęłam na kocyku. Dokuczały mi plecy po porannym wysiłku. Po odpoczynku przestały, ale w rejonie 80km znów zaczęły, aż z bólu drętwiała mi szyja za uszami. Koszmarny ból, musiałam się parę razy zatrzymac, bo nie dawałam rady jechać. W końcu znalazłam jakąś pozycję głowy i pleców, kiedy bolało, ale znośnie. W międzyczasie znalazłam jeszcze parę skrzynek wojenno-cmentarnych, które M. miał już znalezione. Wróciliśmy o zachodzie słońca.

Wszystkie fotki w albumie wiosennym. No i padła pierwsza moja setka w tym roku. Długo ją będę pamiętać.



  • DST 71.45km
  • Teren 24.00km
  • Czas 04:22
  • VAVG 16.36km/h
  • VMAX 38.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

chlup lavinka

Sobota, 16 maja 2015 · dodano: 16.05.2015 | Komentarze 7

Miało być daleko na wschód, ale Tomiemu budzik się ustawił na 9, a nie na 6, internet rano nie bardzo działał i wszystko stanęło na głowie. Na szczęście działał mój internet mobilny, więc udało się wymyślić wycieczkę zastępczą. Zamiast weekendówki z namiotem - dwie wycieczki zwykłe. W kierunku wprost przeciwnym czyli na zachód, pod wiatr. Ale lasem, dało się jechać. Tylko rano uszy mi nieco zmarzły. Pogoda piękna, dopiero po 16 zaczęło się mocniej chmurzyć, ale podczas jazdy to nawet była zaleta, bo zapomnieliśmy kremu z filtrem.

Tomi pognał na rynek po chleb i słodkie bułki, a ja przepakowywałam niepotrzebne graty. By dociążyć drugą sakwę (rower nierówno obciążony to rower wywrotny) dorzuciłam do niej hamak. A nuż się przyda. Jak się okazało później, Tomi w ten sam sposób dociążył swoje sakwy za pomocą OP-1. A nuż się przydadzą. I owszem, przydały się na bagnach. Dzięki spodniom od OP-1 mieliśmy suche nogi, a dzięki hamakowi nie staliśmy na bagnie jak te łosie, tylko w sposób cywilizowany zażywaliśmy kąpieli słonecznych wśród kwiatów okrężnicy bagiennej i zielska zwanego rzęślą (jak wykazało śledztwo). Tuz obok znaleźliśmy skrzynkę Werrony - serce bagna. Cudowna! Potem jeszcze mała rozwałka na suchym lądzie i w drogę. Znów głównie lasami i wertepem, bo wiatr.

Tak dotarliśmy do doliny Rawki, ale od drugiej, zachodniej strony, by wpaść po skrzynkę z okazji jakiejś agroturystyki Babie Lato. Uroczy zakątek nad wijącą się zakolami rzeką. Tu też zrobiliśmy rozwałkę, na kocyku, bo teren nie pozwalał rozpiąć hamaka. Brakło drzew.

Wracaliśmy serwisując moje i Tomiego skrzynki, Cmentarz w Wólce Łasieckiej, Gospodarstwo w Czerwonej Niwie, Cmentarz w Huminie. Wpadliśmy też do Guzowa obejrzeć, jak się ma remont pałacu. A i owszem, od dachu coś jakby odnowione. Niestety wycięto na froncie piękny kasztanowiec. Park dostępny od strony kościoła, nie wypatrzyliśmy dziur w płocie poza fragmentem od 50tki, najprawdopodobniej wbił się w ogrodzenie samochód. Wracaliśmy z wiatrem, więc szybko. Jutro powtórka z rozrywki, tyle że jedziemy dalej i ma wiać mocniej.

Zdjęcia z wycieczki TUTAJ, a poniżej wybór.

p.s. Może na fotkach mało widać, ale byłam w specjalnej fryzurze, miałam 4 warkoczyki. :)



  • DST 4.87km
  • Czas 00:21
  • VAVG 13.91km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Z Klu i Meteorem na dworzec +focenie straży

Piątek, 15 maja 2015 · dodano: 15.05.2015 | Komentarze 2

Jako że Kluska była super grzecznym dzieckiem, ubieranie zostawiliśmy na ostatnią chwilę. A ona widząc kurtkę dostała szału, że nie chce. Jakoś siłą ją ubraliśmy, ale płaczu było, że hej. Na dodatek nie mogłam znaleźć kluczy, a Meteor zszedł już na dół. No nic, szłam za nim z Kluską, oczywiście na dole awantura o kask, ale dla nas 1:0, Kluska uspokoiła się, jak powiedziałam, że dostanie kwiatka. Wróciłam po rower, zostawiłam dom na pastwę (te 20 minut może nas nie okradną, uchodzimy raczej za biedną patologię) i pojechaliśmy śpiesznym pędem.

Pod dworcem byliśmy o 18:16, odjazd za 3 minuty, spoko. Podłazimy do przejścia na peron, a tu nadjeżdża kluskowy ciapąg. No to ja z babcią przeszłyśmy, Meteor nie zdążył, puścił pociąg i przyszedł na peron później. A tu się ciapąg śpieszy i musieliśmy w trybie ekspresowym wyjmować Kluskę, biegiem do babci w drzwiach, szybkie przekazanie dziecka z rąk do rąk, papa i do widzenia.

A w drodze powrotnej podjechaliśmy obejrzeć dokładniej wozy strażackie zaparkowane przy Narutowicza i placu. Jakaś wewnętrzna impreza straży, bo w mediach nic nie było.



  • DST 5.18km
  • Czas 00:19
  • VAVG 16.36km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze

Zus

Środa, 13 maja 2015 · dodano: 13.05.2015 | Komentarze 0

Jak co miesiąc do ksero i z papiórem dalej.

  • DST 42.05km
  • Teren 0.50km
  • Czas 02:19
  • VAVG 18.15km/h
  • VMAX 33.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Do Szymanowa po raz drugi

Wtorek, 12 maja 2015 · dodano: 12.05.2015 | Komentarze 8

Jeszcze raz po choleryczną skrzynkę Werrony, co jej żeśmy nie mogli podjąć (finału) z powodu tłumów w pobliżu. Dziś cmentarz bardziej bezludny, jakiś pan się kręcił, ale dużo dalej.
Powrót podobnie, przez kapliczkokrzyż pod modrzewiem, jedno z niewielu przyjemnych miejsc rozwałkowych w okolicy. A potem nawrót na Baranów i mały skok w bok na tamtejszy cmentarz, który wypatrzyłam na alianckich mapach z drugiej wojny. Zatem pewno są stare groby. Starych grobów mało, nowe zastępują je znakomicie, bo cmentarz mały i ciasny. Ale kilka się zachowało, nawet niektóre mają nowe tabliczki. Wiele starszych nie miało nic prócz krzyża, skoro nie mogłam datować, to odpuściłam. Biedny Tomi stał pod płotem i się nudził, bo on lubi ostatnio tylko mogiły z żołnierzami.
Najstarszy grób, jaki znalazłam, był z 1918roku, ale może jest ich więcej, tylko nie są opisane, albo są nieczytelne. Grób pana Puchały jest raczej z 1918, na dole odcyfrowałam ósemkę, jest też grób Jana pod płotem. To sa groby najczęściej dość młody ludzi, może cywile, którzy zmarli pod koniec wojny. Jest też trochę grobów z lat 30, ale pomniki już współczesne, grobowce rodzinne.


  • DST 8.66km
  • Czas 00:29
  • VAVG 17.92km/h
  • VMAX 26.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Myk na wybory

Niedziela, 10 maja 2015 · dodano: 10.05.2015 | Komentarze 3

Na Wybory, do Werrony podrzucić to i owo i pożyczyć śpiwór dla Kluski. Powrót nieco dookoła, a tu zupa stygnie. Okazało się, że wcale nie stygła, tylko się dopiero zaczęła gotować.


  • DST 61.75km
  • Teren 5.00km
  • Czas 03:50
  • VAVG 16.11km/h
  • VMAX 32.60km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

Radioaktywna wycieczka

Sobota, 9 maja 2015 · dodano: 10.05.2015 | Komentarze 1

Chyba nas trochę napromieniowało, ale niegroźnie, bo się nam zabarwiła fiolka na różowo ze skrzynki. Ale ona tam leżała dwa tygodnie, inaczej byśmy pewnie mieli chorobę popromienną. Swoją drogą ciekawe, co tam promieniuje. Skrzynka, kamienie, mur, piwnica Werrony? Śledztwo trwa. :)
Wycieczka pod patronatem świętej biedronki dwukropki, którą spotkałam po drodze. A potem to już normalnie, pokrzywy, krzaki, mostek kolejowy (nieczynny), kościół, klasztor, cmentarz i wylegiwanie pod kapliczką. Niestety większość trasy mordewindem, czasem bocznym, przez co nieco się zmęczyłam. Wreszcie dojechaliśmy też do rastakapliczki, która jednak podczas budowy zmieniła swe położenie na mniej malownicze, i w ogóle żal i stos beretów.





















  • DST 60.36km
  • Teren 7.00km
  • Czas 04:05
  • VAVG 14.78km/h
  • VMAX 37.10km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

W Krainie Kwitnącej Czeremchy - Podlasie 2015 - Dzień 5 - "My tylko pod szlabanik"

Wtorek, 5 maja 2015 · dodano: 10.05.2015 | Komentarze 9

Noc była wyjątkowo cieplejsza, ale nadal przydałoby się dwa, trzy stopnie więcej. No ale już nie narzekam. Poranek słoneczny zapowiadał upalny dzień. I rzeczywiście, przydały się sandałki, a niedługo później trzeba było się rozdziewać z babetli. Chłodniej zrobiło się dopiero u kresu podróży, przed wsiadaniem do ciapągu w Czeremsze.

Najpierw z rana podjechaliśmy na górę, gdzie pierwotnie przechowywano ikonę z Góry Grabarki, zanim wylądowała na Grabarce. Dziś to ledwo co odwiedzane miejsce, ale rano spotkaliśmy tam staruszkę. Czasem nazywana jest górą Bazylka, a tak naprawde jest Górą Prowały. Później udaliśmy się na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja!), do uroczej błękitnej cerkiewki. Miejscowość Tokary, którą po wojnie podzielono na pół. Ludność katolicka przeniosła się na ziemie polskie, a prawosławni zostali w większości po dziś białoruskiej stronie. Droga między nimi została przerwana. Nie ma też przejścia granicznego, a szkoda, bo mogło by być pieszorowerowe-turystyczne, z jednodniową wizą czy czymś w tym rodzaju, tak by można było dojechać do puszczy białowieskiej od południa, zwiedzić Kamieniec, wzdech, jak długo jeszcze w tym miejscu będą trwały te dziwne, małe wojenki?

W tym miejscu zlokalizował nas strażnik od pogranicza i wylegitymował, wypytał i się wręcz zdziwił, że nie poszliśmy na Białoruś, bo w długi weekend podobno im brakowało ludzi, żeby turystów wyłapać i przyprowadzić z powrotem do Polski. Zwłaszcza niemieckich, którzy nie rozumieli, że tam za szlabanem ludziska są mniej przyjaźni i nie mandatem, ale przesłuchaniem i aresztem może się skończyć wycieczka. Miło pogawędziliśmy i rozstaliśmy się w przyjaźni.

Tym razem nie pchaliśmy się do Puszczy Białowieskiej, może innym razem, zwłaszcza że odkryliśmy, iż z Czeremchy jeździ do Hajnówki szynobus. Mieliśmy własne atrakcje na trasie, na przykład grodzisko w polu czy górę z niemieckich (wojennych) mydełek w lesie, przy pozostałościach ziemnych trasy kolejowej (bocznica jaka, czy coś, został rów). Do Czeremchy zawitaliśmy dość wcześnie, mieliśmy z dwie godziny zapasu do pociągu, może ciut mniej, więc na spokojnie udaliśmy się na zakupy do sklepu, a potem jeszcze pokeszowaliśmy po okolicy, by na koniec na spokojnie wbić się do szynobusu jadącego do Siedlec. W Siedlcach za to nerwowo, bo szynobus z racji remontu zatrzymuje się wcześniej i parę kilometrów trzeba przejechać rowerem, bo autobusem rowerów wozić nie pozwalają. A tu tylko 9 minut do odjazdu naszego pociągu. Sprężyliśmy się i zdążyliśmy, choć jeszcze długo miałam słodką ślinę z wysiłku (na prostej wyciągałam 35km/h, na lekkich zjazdach szybciej). Do Warszawy Wschodniej dojechaliśmy bez większych opóźnień, choć ruszyliśmy z poślizgiem. 

A w Warszawie jakieś awarie, skmki jeżdżą na zachód co 5 minut, niektóre pociągi poopóźniane godzinę, ciekawe kiedy nasz przyjedzie i czy w ogóle? Ten ze Skierniewic przyjechał 20 minut później niż powinien, zatem nasz na starcie złapał 15 minut opóźnienia. Ale o dziwo nie złapał po drodze więcej, a nawet trochę nadrobił i byliśmy w domu niedługo po 22.

Linka do wszystkich zdjęć z weekendu

Przejechane 332 kilometry w pięć dni, acz pierwszy i ostatni nieco urwane.






























































  • DST 70.96km
  • Teren 14.00km
  • Czas 04:53
  • VAVG 14.53km/h
  • VMAX 42.00km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

W Krainie Kwitnącej Czeremchy - Podlasie 2015 - Dzień 4

Poniedziałek, 4 maja 2015 · dodano: 10.05.2015 | Komentarze 23

Tego dnia prognozy zapowiadały się pochmurne. Każdy na wakacjach marudzi, ale nie fotoamator, wiadomo, że w lekkim cieniu super wychodzi architektura i młoda zieleń, nie ma problemu ze zdjęciami pod słońce i inne takie. Między innymi dzięki pochmurnej pogodzie tak cudowne wyszły mi zdjęcia koni. Ale od początku.

Wstaliśmy rano, żeby złapać jeszcze trochę słonecznego ciepła, którego wcale się nie czuło, bo wiał chłodny wiatr. Pierwsze swe kroki, a raczej pedały skierowaliśmy w stronę sklepu z żywnością. Ale najpierw natrafiliśmy na uroczą cerkiewkę (zapewne przerobioną na kościół) z grobem secesyjnym na zapleczu. Ciekawostka. Niestety napis na kamieniu był słabo czytelny. Za to pod sklepikiem bytowała miejscowa ferajna i bohema, aż prawie dla nas, meneli podróżniczych, nie starczyło miejsca. Pozbyliśmy się śmieci, kupiliśmy wodę, bułki i jeszcze jakieś rzeczy do jedzenia, pognaliśmy dalej mijając co jakiś czas piękne, drewniane chałupiska.

Wreszcie dojechaliśmy do stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim. Za czasów dzieciństwa to była moja mekka, kochałam araby, fantazjowałam na temat ich fruwajacych i niepokornych dusz, no cuda wianki. Ale z tego wyrosłam i przez to nie miałam aż takiej frajdy, jaką mogłabym mieć. Ale i tak czułam się wspaniale, tym bardziej, że wypuścili część koni bliżej barierek i mogłam je lepiej sfocić. Z bliska głównie kuce, albo jakąś specjalną mniejszą beżową rasę (nie znam się, ale mi się bardzo podobała- edit: po zasięgnięciu jezyka w sieci doszłam do wniosku, że to mogły być konie biłgorajskie, ale stu procent pewności nie mam, po stadnina tych koni owszem jest, ale zupełnie gdzie indziej, może były z wizytą). Po drobnym błądzeniu znaleźliśmy też cmentarz koni.

A potem znów nadbużańskimi klimatami, wzdłuż falujących wzgórz, bo byliśmy już na Podlasiu północnym w południowej części, dotarliśmy do prawdziwych gór w Mielniku. Najpierw jednak dotarliśmy do przegrody o wilgotności 100%, na szczęście był prom kursujący do 18tej, więc mieliśmy trochę czasu. Myknęliśmy więc na punkt widokowy na styku trzech województw, podlaskiego, lubelskiego i mazowieckiego. Miłe miejsce. Przeprawa promowa tuż przy granicy z Białorusią, w Niemirowie, ale żadnego pogranicznika nie spotkaliśmy. Wioski wyglądały na wymarłe, albo leciała akurat wtedy jakiś serial. ;) Zanim wjechaliśmy do Mielnika, udaliśmy sie do małego bukra w iglastym zagajniku. Co ciekawe, jego konstrukcja nie była typowo żelbetowa, ale składała się z kamieni - rzecznych otoczaków. Ogromnych!

Czułam się tutaj, jakbym wyjechała za granicę, przyzwyczajona do płaskiego Mazowsza. W Mielniku odwiedziliśmy odkrywkową kopalnię kredy (naprawdę można nią rysować, tylko trochę się kruszy) i przypadkiem pozostałość starego cmentarza, sądząc po charakterystycznych krzyżach - prawosławnego. Byliśmy też przy ruinach kościoła na górze zamkowej i wdrapaliśmy się na zarośnięty punkt widokowy (tylko ze schodów widać rzekę). Na koniec wjechaliśmy, a raczej wpełznęliśmy przez wał morenowy na nieco wyżej położony punkt widokowy, z którego dla odmiany widok był taki sobie, ale sama drewniana konstrukcja ze schodami - bajeczna. Jak się lubi konstrukcje drewniane i potrafi docenić kunszt autora ;)

Nocleg odbył się niedaleko świętego źródełka bijącego u stóp kilku krzyży i niedaleko od pierwowzorru góry Grabarki. Mało znane miejsce i dobrze, bo nikt się nie kręcił i mogliśmy w spokoju zjeść kolację. Przy krzyżach i źródełku (które wyglądało trochę jak dół na deszczówkę) rośnie sobie cudownej urody drzewo kubeczkowe.




















































































  • DST 74.37km
  • Teren 11.00km
  • Czas 05:18
  • VAVG 14.03km/h
  • VMAX 31.20km/h
  • Sprzęt Pradziadek
  • Aktywność Jazda na rowerze
Uczestnicy

W Krainie Kwitnącej Czeremchy - Podlasie 2015 - Dzień 3

Niedziela, 3 maja 2015 · dodano: 09.05.2015 | Komentarze 5

Icm zapowiadał zimną noc, ale natura przesadziła. Ja rozumiem, że jak wiosną nie ma chmur, to jest zimno, ale poniżej pięciu stopni to jest draństwo. Byłam soplem lodu, nawet słońce mnie nie rozgrzało i jechałam w polarze marząc o kurtce schowanej w sakwie. Może nie szczękałam zębami, ale rozgrzałam się dopiero około południa, na rozgrzanej słońcem ławce. Nawet trochę pokasływałam, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni. Miejscowość Kodeń jest ciekawym miejscem dla osób lubiących architekturę sakralną. Tu tego w bród, kilka dróg krzyżowych, ogrody maryjne i inne dewocjonalia w plenerze. A wszystko tuż obok granicy na Bugu. Oczywiście poszliśmy nad rzekę, a co.

Później pojechaliśmy do cerkiewki przerobionej na kościół, ale na finiszu wyprzedziła nas autokarówka ze staruszkami. Zrobili niezły tłum, poza tym trwała msza, daleko tu było do ciszy i spokoju, jakie lubimy podczas zwiedzania. No trudno, bywa i tak. Posiedzieliśmy tyle o ile i pognaliśmy dalej wzdłuż wałów na Bugu i łąk pełnych mleczy. Nawet dwie sarny się dały, jedna zobaczyć, druga usłyszeć. Tu też trafiliśmy na pierwszy fort ziemny, zaczątek twierdzy na północy. 

Wreszcie znów cywilizacja, cyklogrobbing jak się patrzy, utknęłam na foceniu krzyży na jednym cmentarzu, a potem kamieni na mizarze. Ale to nie koniec, musimy zaliczyć jakieś bunkry, to zaliczamy. Częściowo fort wysadzony, ale jest co oglądać. Niestety skrzynki nie ma. Za to trochę dalej zakładam swoją, w koszarach na przedpolu Terespola (o jego ciekawej historii, jak i rodzinie Flemmingów, tych od tatusia księżnej Izabeli Czartoryskiej, warto poczytać). Wjeżdżamy na trochę do Terespola, kręcimy się po opłotkach po bunkrach i zawracamy jadąc drogą fortową. Dookoła asfaltem byłoby szybciej i przyjemniej, ale Tomi się uparł. Sadysta.

Mijamy jeszcze jeden ceglany kościółek i spać. A raczej żryyyć i spać. Niestety nocujemy w korzennym liściastym lesie, więc mimo że cieplej, to mniej wygodnie (tak to jest, jak z lenistwa bierze się zwykłą karmiatę zamiast nadmuchiwanej, z której co prawda i tak schodzi powietrze, ale chyba jest bardziej korzenioodporna). Zmęcz.